Blog o tematyce kobiecej i społecznej. Moda, antykoncepcja, dieta, prawa kobiet, dzieci i zwierząt, wychowanie. Blog dla wszystkich, którzy chcą rozmawiać bez obaw o obrazę uczuć. Blog dla reklamodawców - dziennie nawet 200 wyświetleń.
O tym, że Kościół katolicki ma niewiele wspólnego z demokracją, że jest instytucją o zapędach dyktatorskich wiedzą osoby krytycznie patrzące na świat. Kilka dni temu Naczelny Sąd Administracyjny wydał decyzję, że GIODO oceniając to, czy osoba wystąpiła z Kościoła, czy nie, nie musi kierować się wewnętrznymi przepisami Kościoła lub związku wyznaniowego" - powiedział Wojciech Wiewiórowski z GIODO. Oznacza to, że według orzeczeń NSA, że aby wystąpić z Kościoła, wystarczy prawidłowo przekazać oświadczenie woli w tej sprawie. Nie jest koniecznie spełnianie wymogów narzuconych przez Kościół - żadnego tłumaczenia się przed proboszczem, załatwiania dwóch świadków.
Sędzia Małgorzata Jaśkowska mówiła wtedy w uzasadnieniu, że "stosunki między związkiem wyznaniowym a państwem regulowane są na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności", jednakże związki wyznaniowe podlegają jednak przepisom prawa powszechnego.
Wydaje się to oczywiste, że instytucja, która działa w danym państwie musi podlegać prawu państwowemu. Okazuje się, że zdaniem biskupów i kościelnych prawników, kościół katolicki w Polsce jest wyłączony spod działania prawa państwowego w sytuacji, kiedy to prawo jest nie po myśli biskupów. Jesteśmy przyzwyczajeni, że polscy biskupi mają prawo i obywateli za nic , co chwilę łamią Konstytucję i konkordat, że są osobami, których nie obowiązują sankcje prawe, ponieważ prokuratura uznaje zwierzchnictwo biskupów i odmawia wszczęcia postępowania przeciwko księżom-pedofilom. Reakcja kościoła na orzecznictwo Naczelnego Sądu Administracyjnego była do przewidzenia. Uważają, że Sąd nie ma prawa wtrącać do kościelnej administracji. Orzeczenie jest ich zdaniem złamaniem konkordatu i Konstytucji. Co więcej żądają od Sądu zmiany postanowienia.
Zdaniem biskupa Polaka " decyzja NSA w sprawie apostazji świadczy o tym, że sąd nie uznaje wewnętrznego prawa Kościoła. - Sądzę, że w ten sposób NSA ingeruje w wewnętrzne sprawy, które wiążą się z Kościołem - powiedział.
Pytany, czy orzecznictwo NSA w sprawie apostazji nie godzi w konkordat, bp Polak odpowiedział: - To jest kwestia orzecznictwa sądowego, które uważamy, że jest niewłaściwe. Konkordat reguluje stosunek państwa do Kościoła i Kościoła do państwa. Natomiast działania sądu są niezawisłe. I chodzi przede wszystkim o to, żeby NSA rozpatrzył jeszcze raz te sprawy i zmienił swoje orzecznictwo."
Buta pana biskupa osiągnęła szczyt - domaga się od niezawisłego Sądu, aby zmienił swoją decyzję w myśl żądań Episkopatu. Jakoś w swoim postępowaniu nie widzi naruszenia konkordatu. Oskarżenia wobec Sądu, że łamie konkordat z ust biskupów brzmią niczym żart. Panowie biskupi nagminnie łamią konkordat, np: pouczając polityków, żądając zakazu in vitro, matury z religii, zmuszając młodzież do uczestnictwa w trakcie zajęć szkolnych we mszach, spowiedziach, rekolekcjach, organizując drogi krzyżowe, święta maryjne i dni Wojtyły w szkołach. Łamaniem konkordatu -zasady autonomii, jest Wspólna Komisja Rządu i Episkopatu, czy wpływanie na posłów przed głosowaniami w sprawach światopoglądowych. Warto przypomnieć wypowiedź kardynała Dziwisza, który poucza polityków, że w stanowieniu prawa mają kierować się prawem bożym.
" Prawo Boże wypisane w sercu i sumieniu człowieka jest drogowskazem byśmy się nie zagubili, szli właściwą drogą i zmierzali do celu. Dlatego prawdziwą mądrością człowieka i każdej społeczności jest szanowanie Bożego prawa. To jest fundament wszelkich ludzkich praw regulujących współżycie człowieka, rodziny, społeczeństwa i narodu – przekonywał hierarcha"
Jakoś w swoich wypowiedziach biskupi nie widzą łamania konkordatu. Przyzwyczaili się, że łatwo zastrasza się posłów, straszy genderem, strasznym ateizmem, lewakami, którzy mają doprowadzić do upadku wielkiej katolickiej Polski.
Zastanawiam się, czy nie mamy do czynienia z sytuacją, kiedy to w demokratycznym państwie zakorzeniło się odmienne państwo reprezentowane przez funkcjonariuszy watykańskich, którzy pomimo tego, że teoretycznie mają polskie obywatelstwo, urodzili, wykształcili się i pracują w Polsce , są przedstawicielami Watykanu. Mają w czterech literach polskie prawo i prawo obywateli do wyboru wyznania, do wystąpienia z ich organizacji. Nie szanują prawa obywatela do ochrony własnych danych osobowych i wykreślenia z dokumentacji instytucji, do której nie chcą należeć. Polscy biskupi mają w głębokim poważaniu wolę obywateli, traktują Polskę i społeczeństwo jak swój prywatny folwark, całkowicie im poddany. Robią to przy poparciu prawicowych polityków używając klasycznego politycznego szantażu, że są wyrazicielami woli 90% katolickiego narodu.
Pora przebudzić się, bo za niedługo okaże się, że w imię chrześcijańskiego sumienia obywatele zostaną pozbawieni swoich praw i wolności obywatelskich. Polskich biskupów cechuje arogancja, poczucie wyższości nad drugim człowiekiem. Wydaje się im, że ich prawo kanoniczne jest ważniejsze od prawa polskiego, a wszyscy mają oddawać im cześć. Jednak społeczeństwo nie jest bezbronne. Może dokonywać apostazji na zasadach określonych przez Naczelny Sąd Administracyjny, domagać się swoich praw w sądzie - przykład dała dzielna pani Małgorzata, która pozwała arcybiskupa Michalika. Najważniejsze jest to, aby omijać Kościół, wypisywać dzieci z religii, odważnie krytykować biskupów i służalczych polityków. Nie dajmy się zwieść miłemu wizerunkowi papieża Franciszka. Od naszych biskupów różni się jedynie łagodniejszym językiem i odrobiną pokory.
Biskupi i komentatorzy katoliccy uważają, że orzeczenie Sądu to atak na swobodę Kościoła. Szkoda, że zapominają, że to Kościół co chwilę łamie polskie prawo i usiłuje ograniczyć swobody obywatelskie - narzuca ludziom, jak mają żyć , co robić, pod pretekstem życia zgodnego z wiarą, prawem naturalnym i bożą wolą. Tak naprawdę ma być to życie zgodne z nakazami biskupów. Coś takiego, jak wola boża nie istnieje. Biblia to po prostu zbiór opowieści narodu izraelskiego, jednym słowem mitologia.
Mija dwadzieścia lat od podpisania konkordatu, umowy międzynarodowej, która miała regulować stosunki między państwem polskim, a Watykanem, zwanym dla niepoznaki Stolicą Apostolską. Konkordat miał być ukoronowaniem rozdziału państwa od kościoła, niestety, skończyło się na założeniach. W rzeczywistości od 20 lat żyjemy w państwie poddanym Watykanowi, gdzie biskupi wpływają na kształt ustaw i wysuwają coraz więcej żądań.
Nie chcę wdawać się w szczegóły konkordatu, jest on jak każda umowa międzynarodowa zawiła. Wolę skupić się codzienności polskiej pod rządami konkordatu.
Ksiądz Góralski, który był jednym z negocjatorów konkordatu, twierdzi, że największych osiągnięć konkordatu z perspektywy minionych 20 lat jest zapis o zasadzie niezależności i autonomii państwa i Kościoła - każdego w swojej dziedzinie. - Równa się to zasadzie separacji Kościoła i państwa, ale nie tak jak to było w czasach PRL - wyłącznie Kościoła od państwa, chodzi o separację paralelną, także państwa od Kościoła. Jednocześnie jest to zasada separacji przyjaznej, która dopuszcza współdziałanie dla rozwoju człowieka i dobra wspólnego. Godnym uwagi jest także m.in. rozwiązanie w sprawie małżeństwa konkordatowego - małżeństwo kościelne może wywołać skutki państwowe, ale nie musi, decydują o tym sami zainteresowani - zaznacza duchowny.
Pełna zgoda, co do tego, że państwo jest odseparowane od kościoła, ponieważ w relacjach z kościołem jest postawione na pozycji średniowiecznego lennika, który ma służyć kościołowi. Weźmy prosty przykład z religią w szkole - państwo nie prawa do ingerowania w program nauczania przedmiotu; religia, bo jego ramy określa strona kościelna. Państwo ma za to obowiązek udostępnienia sal, zapłacenia katechetom za nauczanie przedmiotu sprzecznego z nauką, rozsądkiem,etyką społeczną, a do tego, przedmiotu, którego na treści nauczania nie ma żadnego wpływu. Problem w tym, że ten przedmiot jest obecny w polskiej szkole. Konstytucja RP mówi co prawda o wolności wyznania, światopoglądu, o prawie rodziców do wychowania dzieci zgodnie ze swoim światopoglądem, o prawie do nauczania religii w szkole, pod warunkiem, że nie narusza to praw innych uczniów. Tymczasem ocena z religii liczy się do średniej, jest na świadectwie, co już jest naruszeniem konstytucyjnej zasady wolności przekonań religijnych. Świadectwo jest dokumentem państwowym przedstawianym w innych szkołach, na uczelniach, u pracodawcy, ocena z religii jest komunikatem na temat światopoglądu człowieka. W polskiej szkole możliwość wyboru etyki to iluzja. Dyrektorzy wykręcają się brakiem pieniędzy, brakiem zgody organu prowadzącego, czytaj gminy. Problem religii w szkole jest znacznie szerszy niż tylko oceny. Kościół zadomowił się w polskiej, teoretycznie świeckiej szkole. Inauguracja i zakończenie roku szkolnego to spęd dzieci do Kościoła, obowiązkowa msza. Nikt nie pyta rodziców, czy mają ochotę puścić dziecko do Kościoła. Jest to część obchodów. Narusza to prawo rodziców, dzieci i nauczycieli do uczestniczenia lub nieuczestniczenia w praktykach religijnych. Nauczyciele są zmuszani przez dyrektorów do uczestnictwa w spędach kościelnych pod rozkazem pełnienia opieki. Nikogo nie obchodzą prywatne poglądy nauczycieli. Żenujące są praktyki rekolekcyjne - kiedy to pod pretekstem "przygotowania duchownego do świat wielkanocnych" dzieci, młodzież i nauczyciele zmuszani są do uczestnictwa w rekolekcjach. Szkołom zabiera się 3 dni w roku, po to, aby Kościół kształtował sobie pokorne owieczki i opowiadał niesłychane rzeczy o nawróceniach, cudach, miłosierdziu ukrzyżowanego. Rekolekcje mają miejsce przed samymi egzaminami, w czasie gorączkowych przygotowań. Jeżeli policzymy, że w ciągu 12 lat edukacji, co roku tracimy z procesu dydaktycznego 3 dni, uzbiera się ponad miesiąc strat. A potem dziwimy, że młodzież nie ma podstawowych wiadomości z matematyki, historii, fizyki, polskiego. A jak ma mieć skoro marnuje się czas na rekolekcje i msze szkolne? Nie mówię już o praktykach odgrywania epatującej przemocą drogi krzyżowej, o opowiadaniu małym dzieciom o męce Chrystusa, o naklejkach w zeszycie kontaktów z informacjami o drodze krzyżowej. Nawet otwarcie boiska szkolnego nie może się obejść bez obowiązkowej mszy. Są szkoły państwowe, gdzie uczniowie muszą modlić się na dużej przerwie, co jest zabraniem czasu na odpoczynek i jest sprzeczne z higieną psychiczną.
Rozumiem, ze katolicy mają prawo do religii w szkole, ale niech będzie ona w godzinach popołudniowych, jedynie dla chętnych. Obecnie jest przymusem - rodzice boją się, że jeżeli nie zgodzą się na uczestnictwo w zajęciach, dziecko będzie prześladowane. Rekolekcje równie dobrze mogą odbywać się po lekcjach, nie powodując strat w materiale i przerywania przygotowań do egzaminu. Religia kosztuje ponad miliard złotych. W dobie kryzysu budżetu to wydatek zbędny. Jeżeli rodzice chcą religii w szkole, powinni za nią płacić z własnej kieszeni. Wtedy mogą powiedzieć, że wychowują dziecko zgodnie ze swoim przekonaniem.
Wyprowadzenie religii ze szkół to wstęp do prawdziwej reformy edukacji i jeden z powodów, dla którego jak najszybciej trzeba renegocjować konkordat.
Trudno nie zgodzić się z głosami, że kościół za bardzo ingeruje w sprawy państwa, choćby na przykładzie ustawy bioetycznej. Oczywiście kościół ma prawo wypowiadać się, jako jedna z instytucji, ale nie może straszyć posłów, nakazywać im, aby działali zgodnie z wolą biskupów. Argumentacja, że katolik musi akceptować naukę Kościoła, wspierać ją w działalności publicznej jest skandaliczna. Kościół stawia siebie ponad prawem, uważa, że ma moralne prawo narzucać wszystkim swoją wolę. Wysyłanie listów do posłów z instrukcją jak mają głosować, czy choćby Wspólna Komisja Rządu i Episkopatu - to najlepsze przykłady łamania konkordatu i zasady rozdziału kościoła od państwa.
Kościół rości sobie prawo do ingerowania w podręczniki, uważa, że skoro Polska jest państwem chrześcijańskim, to podręczniki muszą akceptować chrześcijański system wartości. Mamy w podręcznikach, zwłaszcza do języka polskiego fragmenty przemówień Wojtyły, w podręcznikach do biologii katolicką wykładnię początków życia. Podręczniki do wychowania w rodzinie zawierają wyłącznie katolickie widzenie seksualności i nie przygotowują młodego człowieka do życia w rodzinie, są homofobiczne, opierają się na stereotypach, zwłaszcza w kwestii seksualności kobiecej, nie ma w nich słowa o takich zagrożeniach jak pornografia umieszczanie zdjęć intymnych w sieci,czy handel żywym towarem.
Kościół oczywiście próbuje układać swoje rządy w gminach - żadna uroczystość nie może obejść się bez mszy, w niektórych miejscowościach nieruchomości sprzedawane są na cele sakralne z 99% bonifikatą - kościół za bezcen kupuje majątki, nie staje do przetargów, nie odprowadza podatków od nieruchomości.
Cele sakralne są nieopodatkowane. Duchowieństwo nie płaci podatków od działalności gospodarczej, od spadku i darowizn. Państwo finansuje również uczelnie katolickie i szkoły. Traci na tym ogromne pieniądze. Wiele mówi się o kryzysie finansów. Tymczasem na własnej piersi państwo toleruje organizację, która nie poczuwa się do żadnej odpowiedzialności, organizację, której pracownicy wyjęci są spod prawa: ksiądz -pedofil dostaje najczęściej wyroki w zawieszeniu, księdzu prowadzącemu pojazd pod wpływem alkoholu nie zabiera się prawa jazdy z racji tego, że jest księdzem. Kilka tygodni temu doszło do tragicznego wypadku, w którym zginął młody człowiek i prowadzący po pijanemu ksiądz. Nie była to pierwsza jazda duchownego na podwójnym gazie, ale wcześniej nie odebrano mu prawka.
Politycy powinni zastanowić się, czy w obliczu dramatycznego kryzysu państwa stać Polskę na utrzymywanie duchowieństwa, w wojsku, w straży granicznej, a nawet w służbie zdrowia. Ksiądz noszący opłatki w szpitalu zarabia nawet 4000 zł (takie dane padły kilka miesięcy temu z sejmowej mównicy), więcej niż pielęgniarka i początkujący lekarz, którzy naprawdę wykonują ciężką pracę. Pora opodatkować kościelne nieruchomości, posuwać kler z oświaty, szpitali i służb mundurowych. Usługi komunii w szpitalu powinny być opłacane przez zainteresowanego pacjenta, a nie przez Narodowy Fundusz Zdrowia. Według oficjalnych danych kościół katolicki dostaje 13 miliardów różnych dotacji z budżetu, ile zyskuje na zwolnieniach podatkowych trudno oszacować. Mamy dziurę budżetową w wysokości 25 miliardów, rząd zadłuża się, zmusza ministrów do oszczędności w resortach, ale Kościoła nie ruszy, bo ma związane ręce konkordatem. Może zamiast zadłużania się, trzeba by opodatkować kościelną działalność i nieruchomości oraz uciąć finansowanie Kościoła z budżetu. Dziura z pewnością zmniejszy się. Kwota 13 miliardów powinna iść na leczenie chorych, na leki refundowane, a nie na kościół. Z resztą Jezus chciał ubogiego Kościoła, powiedział, że bogaty nie dostanie przyjęty do Królestwa Bożego. Nasi biskupi chyba nie pamiętają słów założyciela. Ach, oni tłumaczą,że chodzi o duchowe ubóstwo. Nowy papież co chwilę wyprowadza ich z błędu, mówiąc wprost, że razi go ksiądz w luksusowym samochodzie.
Konstytucja, przypominam , że jest to nadrzędny dokument wymaga, aby władze zachowywały światopoglądową neutralność państwa. Finansując kościół, dając mu kolejne przywileje, pozwalając na to, aby biskupi dyktowali ustawy, mówili, czy dana procedura medyczna może być w Polsce dozwolona, władze łamią konstytucyjną zasadę. Prawo powinno być dla wszystkich, a podstawą demokratycznego prawa są prawa człowieka , a nie twórczość papieży i napomnienia biskupów. Trzeba wyraźnie podkreślić, że czym innym jest wolność słowa, wypowiadanie się wszystkich uczestników dyskursu społecznego, a czym innym narzucanie jednego światopoglądu wszystkim obywatelom. Konkordat sprawił, że w Polsce nie ma wolności słowa, przysługuje ona jedynie katolikom. Problemem jest paragraf o obrazie uczuć religijnych. Uczucia religijne katolików obraza mówienie prawdy o pedofilii w kościele, o przekrętach majątkowych, a nawet twórczość satyryczna nieprzychylna Kościołowi. Osoby, które krytykowały w ostatnim czasie konkordat były nazywane nieukami,wyzywane od najgorszych, oskarżane o szkodzenie Polsce, bo ośmieliły się mieć inne zdanie niż biskupi i media katolickie.
W Polsce nie ma prawdziwej wolności, trwa atak Kościoła na swobody obywatelskie, oczernianie ludzi żyjących według innych reguł niż katolickie. Państwo nie jest suwerenne - politycy, jako przedstawiciele państwa biorą udział w świętach religijnych, pielgrzymkach, a nawet całują pierścień papieża. Mogą brać udział w praktykach religijnych, ale jako osoby prywatne. Kościół organizuje zjazdy polityków PiS-u i Solidarnej Polski na Jasnej Górze pod hasłem przeciwdziałania ateizacji. Jest oczywiste, że Kościół będzie bronił swego stanu posiadania, będzie wmawiał, że Kościół ma misję, że religia jest sprawą publiczną.
Co może zrobić każdy obywatel, aby osłabiać wpływy Kościoła w życiu publicznym? Kilka porad
1) Nie chrzcić dzieci - chrzest niemowląt jest niezgodny z Biblią, to wymysł papiestwa.
2) Wypisać dzieci z religii i nie posyłać na szkolne msze, domagać się etyki
3) Dokonać aktu apostazji
4) Wspierać akcje będące przeciwne nauczaniu Kościoła -np: dostęp do in vitro, edukację seksualną, dostęp do antykoncepcji
5) Nie chodzić do Kościoła
6) Wypowiadać się na temat łamania prawa przez hierarchów kościelnych
7) Jeżeli ktoś jest radnym, niech głośno sprzeciwia się sprzedawaniu Kościołowi nieruchomości z bonifikatą 99% i pominięciem przetargu, niech organizuje społeczne protesty.
8) Organizować akcje charytatywne, bez udziału Kościoła. Nie ufam głośnym akcjom Caritasu. Być może lepiej przy lokalnych akcjach, gdzie jest kontrola społeczna.
9) Zawiadamiać opinię publiczną o aptekach i lekarzach, którzy z powodu katolickiego sumienia odmawiają wypisywania antykoncepcji, bojkotować takie miejsca.
10) Nie brać udziału w zbiórkach na cele religijne, nawet, jeżeli miejscowy proboszcz używa szantażu, aby zmusić wiernych do płacenia na remont kościoła.
Wierzyć można w Boga bez pośrednictwa Kościoła, który z Bogiem ma niewiele wspólnego.