VigLink

Witam i zapraszam
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą leczenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą leczenie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 lutego 2016

Uwaga na naprotechnologiczny przekręt


Nie będę rozwodziła się nad tym, czy naprotechnologia jest w stanie wyleczyć niepłodność, jakim grupom pacjentów może pomóc, a jakim nie. Nie jestem lekarzem, ani katoliczką, więc nikomu nie dam, ani nie odbiorę nadziei, nikogo nie mam zamiaru przekonywać do swoich poglądów. Strona katolicka utrzymuje, że naprotechnologia to alternatywa dla in vitro, skuteczny sposób leczenia niepłodności. Strona zajmująca się leczeniem niepłodności twierdzi, że naprotechnologia korzysta z tych samych metod co oni z pominięciem technik wspomaganego i absolutnie przy wielu czynnikach niczego nie zdziała. O wadach i zaletach naprotechnologii od lat kłócą jej zwolennicy i przeciwnicy. Osobiście zaliczam się do przeciwników naprotechnologii, zarówno w aspekcie medycznym i etycznym. Swój wpis chciałabym poświęcić mechanizmom oszustwa, jakim jest naprotechnologia. Artykuł nie pretenduje do miana tekstu medycznego, więc nie obowiązuje mnie wymóg neutralności dziennikarskiej. W przypadku naprotechnologii trudno o zachowanie neutralności - można przez wzgląd na religię, popierać omawianą metodę lub ze względu na nieskuteczność i powszechną manipulację w mówieniu o niej nie mieć o naprotechnologii dobrego zdania. To nic innego jak zwyczajne naciąganie klientów pod czujnym okiem kościoła - ośrodki naprotechnologiczne reklamowane są przez kościół, a część z nich znajduje się przy najważniejszych polskich świątyniach. Na stronach internetowych owych ośrodków można znaleźć zaproszenie na mszę świętą. Jest to wymowny gest, dający do zrozumienia do kogo kierowana jest oferta - do ludzi akceptujących katolicki światopogląd. Wszyscy inni są wykluczeni z potencjalnego grona pacjentów. Oczywiście pacjentami mogą być wyłącznie małżeństwa. To, że środowiska katolickie w różnych dziedzinach życia dyskryminują innych jakoś nie dziwi. Za to bardzo niepokojące jest to, że para nie trafia od razu do lekarza, ale na spotkania z instruktorką, która ma ich nauczyć obserwować cykl i za każde spotkanie inkasuje od 100 do 280 zł ( w zależności od regionu)+cena materiałów- zeszytu, podręcznika i naklejek. Instruktorka najczęściej nie jest lekarzem, co więcej nie ma medycznego wykształcenia, jest to osoba po kursie naturalnego planowania rodziny. Taka osoba decyduje o tym, czy para może skorzystać z porady lekarza, interpretuje cykl pacjentki, choć nie ma uprawnień do wykonywania medycznych procedur i oceniania cyklu, bo nie jest lekarzem. Bez wizyt u instruktorki nie można skorzystać z porady lekarza - najpierw musi zarobić instruktorka. Cyrk z naklejkami i odpytywaniem z książki trwa od 2 do 8 miesięcy. Dopiero po takim czasie para trafia do lekarza, który uwaga, niekoniecznie jest ginekologiem. Może być internistą, dentystą, mieć jakąkolwiek inną specjalizację i ukończony kurs naprotechnologiczny. Tak więc leczeniem niepłodności zajmują się ludzie nie związani z ginekologią. Na stronach owych ośrodków są co prawda informacje, że pacjenci mogą skorzystać z porad dietetyka, dentysty,psychologa,duchownego. Ceny wizyty u lekarza są równie wysokie - ocena cyklu, to znaczy oglądanie zapisków pary 100,co wizytę, wizyta z usg 280 zł. Pracownicy ośrodków leczenia niepłodności nie akceptują przyniesionych przez parę wyników i karzą wszystko robić u nich w ośrodku, co naraża pacjenta na dodatkowe koszty. Już na wstępie para musi zapłacić 30 zł za jedną prezerwatywę z igłą do badania nasienia. Napro-cudaki nie uznają klasycznego badania nasienia. W prezerwatywie trzeba zrobić dziurkę, aby akt małżeński był zgodny z nauką kościoła, to znaczy część nasienia pozostała w pochwie, a jedynie niewielka część w prezerwatywie. Nasienie trzeba w ciągu godziny dostarczyć do ośrodka. Jaka jest wartość takiej próbki nie trzeba mówić - nikła, a wynik jest niemiarodajny. Mężczyzna otrzymuje wiadomość, że nasienie w porządku i jedynie co powinien robić to jeść więcej warzyw i nosić luźną bieliznę. Obiektem zainteresowania jest kobieta. O byle jakości usługi świadczy fakt, że nie ma badań potwierdzających skuteczność naportechnologii- nikt niezwiązany z naprotechnologią nie ma wstępu na spotkania, konferencje. W prasie naukowej ukazały się raptem 3 badania o skuteczność naprotechnologii i to z poważnymi błędami metodologicznymi. Po drugie, naprotechnologia nie jest właściwie żadną oryginalną metodą - poza obserwacjami cyklu za pomocą modelu Creightona wykorzystuje leczenie konwencjonalne: badania, podawanie hormonów, laparoskopię. To wszystko jest wykorzystywane w Polsce przy standardowym leczeniu niepłodności. Polskie Towarzystwo Ginekologiczne nie rekomenduje naprotechnologii, ponieważ nie znajduje ona potwierdzenia w kontrolowanych badaniach klinicznych. W standardach leczenia niepłodności autorzy uznali, że naprotechnologii nie można rekomendować jako metody leczenia niepłodności, gdyż nie jest w stanie pomóc kobietom z niewydolnością jajników, zaawansowaną endometriozą, niedrożnością lub ograniczeniem drożności jajowodów, oraz w męskim czynniku. Organizacje międzynarodowe, takie jak: ESHRE czy ASRM oraz Polskie Towarzystwo Medycyny Rozrodu i Embriologii nie rekomendują naprotechnologii. Warto wiedzieć, że naprotechnologia poza Polską i Irlandią nie jest metodą popularną. Pary po takim "leczeniu" najczęściej trafiają do profesjonalnych klinik zaskoczone faktem, że nawet po 3 latach leczenia metodą napro, mając prawidłowe zapiski i piękne wykresy nie są w stanie zajść w ciążę. Propagatorzy napro wmawiają ludziom, że są w stanie pomóc nawet przy endometriozie i niedrożności jajowodów - niestety rzeczywistość nie jest tak różowa. Naprotechnologia to nic nowego, normalne standardowe leczenie, które podejmuje ginekolog w rejonowej przychodni, tyle, że okraszone ideologią kościoła i opatrzone znakiem firmowym- ot, zwykła propaganda bazująca na ludzkim nieszczęściu. Lekarz-ginekolog ze zwykłej przychodni nie będzie kazał przez pół roku podziwiać cyklu, zrobi konkretne badania, wykona monitoring cyklu przy użyciu usg, zbada tarczycę, poziom hormonów i zaleci leczenie. Nie będzie naciągał pacjentki na wizyty u instruktorki nie mającej żadnego związku z medycyną. Od razu wypisze skierowanie na ewentualną operację, a jak wyczerpie katalog terapii poleci konsultacje w klinice leczenia niepłodności. Normalne postępowanie medyczne w grupie par, gdzie można przeprowadzić zachowawcze metody leczenia daje trzy razy więcej ciąż niż po naprocudach. Perfidne oszustwo polega na tym, że standardowe leczenie, które w znacznej części jest refundowane, w naprotechnologii jest przedstawiane jako super skuteczne, nowe i trzeba za nie sporo płacić. Nieetyczne jest wmawianie pacjentom, że nie mają szansy na swoje dziecko, jeżeli medycyna może im pomóc, proponując in vitro. Powstaje pytanie, czy lekarz celowo okłamujący pacjentów, po to, aby pozostać w zgodzie ze swoją religią, postępuje etycznie? Odpowiedź na to pytanie może jedynie negatywna- lekarz nie ma prawa oszukiwać pacjentów. Ludzie dają się omamić naprotechnologią, ponieważ nie mają wystarczającej wiedzy o leczeniu niepłodności, a propaganda jest nadzwyczaj agresywna i wszech obecna. Nieprawdą są twierdzenia zwolenników napro-cudów, że in vitro jest nachalnie promowane, a o naprotechnologii nie ma w mediach ani słowa. Na każdym portalu katolickim i prawicowym można znaleźć setki artykułów o cudownej metodzie leczenia niepłodności, polecają ją biskupi i politycy PiS. Kłamstwem jest, że naprotechnologia jest metodą tanią - rok leczenia to koszt od 8 tys, czyli prawie tyle, co zabieg in vitro. Niesmak, a nawet złość wzbudza stwierdzenie naprologów, że in vitro zmniejsza szansę na naturalne poczęcie- jak widać wszystkie kłamstwa są dozwolone, aby wyciągnąć od ludzi kasę. Mam wrażenie, że naprotechnolodzy doskonale wiedzą, że swoim zachowaniem pozbawiają pary szansy na dziecko, robią im wielką krzywdę. Niestety w powiązaniu naprotechnologii i kościoła, bezpłodne pary liczą się najmniej, najistotniejszy jest zysk. Podawane przez promotorów napro dane nie są wynikami leczenia - ilości urodzonych dzieci, ale wynikami trafności diagnozy, co wcale nie oznacza, że leczenie dało efekt w postaci słodziutkiego maluszka. Pary,które korzystają z tej metody mówią, że przekonały się do tego sposobu leczenia, ponieważ jest ona zgodna z nauką kościoła i etyczna. Kościół naprawdę zrobił wiele dla promowania metody: od opowiadania bredni o zabijaniu zarodków w in vitro do bezpośredniego reklamowania naprotechnologii w swoich odezwach do wiernych. Zastanawia mnie jedno: jak można uzależniać leczenie nie od skuteczności, korzystania z nowoczesnych terapii, ale od zdania kościoła? Warto wiedzieć, że naprotechnologia jest uprawiana w Polsce poza wszelką kontrolą - ośrodki nie są monitorowane, nie obowiązują tam żadne standardy medyczne. Niektóre ośrodki mają certyfikaty stowarzyszeń związanych z naturalnym planowaniem rodziny i kościołem, co jest dość marną rekomendacją. Po przeanalizowaniu wszelkich argumentów można stwierdzić, że naprotechnologia to propaganda, w którą ubrano i sprzedano leczenie niepłodności u par nie mających wskazań do in vitro. Zrobiono z tego cudowną metodę, która dba o dobro dziecka poczętego (o ile uda się zajść w ciążę). Jej etyczność polega jedynie na poczęciu w akcie małżeńskim. Według zwolenników naprotechnologii in vitro nie tylko zabija zarodki, ale także sprawia, że poczęcie dokonuje się bez miłości małżeńskiej. Znaczy to, że według ideologów napro-cudów, pary, które zaszły w ciążę dzięki in vitro nie kochają się i nie kochają swoich dzieci. Na komentowanie takich głosów pełnych jadu, nienawiści, zawiści nie warto tracić czasu. Napro-cuda mogą być skuteczne jedynie dla 40% par, więc mówienie, że jest to alternatywa dla in vitro jest manipulację i wprowadzaniem w błąd opinii publicznej.

sobota, 13 lutego 2016

Edukacja o antykoncepcji formą obrony przed fanatyzmem katolickim.


Prasa katolicka stosunkowo często raczy czytelnika wyssanymi z palca kłamstwami o antykoncepcji. Piszą je dziennikarze i lekarze, którzy podpisali deklarację wiary. Swoje trzy grosze wkładają biskupi uważający się za oświeconych łaską Ducha Świętego ludzi, którzy z racji owej łaski i jakiegoś bliżej nieokreślonego chrystusowego nadania (wierności prawu bożemu) mają prawo do ingerowania w życie innych. Katolickie media do czerwoności rozgrzała informacja, że Polki chcą, aby była refundowana antykoncepcja hormonalna. Wymagają od państwa, aby refundowało, a przynajmniej jasno określiło kwestię opłat za założenie wkładki hormonalnej. Zdaniem pani Terlikowskiej, żony słynnego dziennikarza, pierwszego katolika w kraju, Tomasza Terlikowskiego, antykoncepcja hormonalna nie jest lekiem. Jako argument tradycyjnie pada stwierdzenie, że ciąża nie jest chorobą. Oczywiście ciąża nie jest chorobą, a naturalnym stanem, co nie oznacza, że trzeba do niej zmuszać, a kobieta ma żyć w niewoli cyklu, w ciągłym strachu przed ciążą. Nieprawdą jest, że antykoncepcja hormonalna nie jest lekiem. Antykoncepcja hormonalna jest powszechnie stosowana w ginekologii do leczenia torbieli, zespołu policystycznych jajników, endometriozy, mięśniaków i do regulowania cyklu u kobiet dorosłych, po 20 roku życia. Jest kwestią dyskusyjną, czy powinna być stosowana do regulowania cyklu u nastolatek, które miesiączkują dłużej niż 3 lata. Zostawmy to specjalistom. Pewne jest, że zapobiega kilku rodzajom nowotworów: raka jajnika, endometrium, raka dolnego odcinka jelita grubego, raka trzonu macicy. Antykoncepcja hormonalna chroni przed utratą żelaza, zamienia bolesne miesiączki na bezbolesne i nieobfite krwawienia z odstawienia - jednym słowem poprawia jakość życia kobiety. Antykoncepcja zmniejsza ryzyko reumatoidalnego zapalenia stawów i zapalenia miednicy małej. Krótki przegląd zalet antykoncepcji jasno pokazuje, że stwierdzenia, że antykoncepcja to nie lek, pewna śmierć, zabójca kobiet i małżeńskiego życia są jedynie zastraszaniem i nie mają z rzeczywistością. Złość budzi fakt, że antykoncepcją straszą lekarze, którzy zobowiązani są do mówienia prawdy i do rozdzielania religii od medycyny. Pani Terlikowska w artykule: "Państwo ma płacić za zabijanie dzieci. To niedorzeczne" dostępnym na Frondzie powtarza wszystkie brednie o tym ,jak to kobiety nie są świadome zagrożeń wynikających z antykoncepcji, oszukiwane przez lekarzy, którym opłaca się wypisywanie antykoncepcji. Uważa, że kobiety oczekują, że lekarz wbrew swojemu sumieniu, dla zaspokojenia seksualnego komfortu pacjentki, wypisze jej antykoncepcję. Na poparcie swoich tez przytacza fragmenty wywiadu prof. Chazana; "Prawo do życia. Bez kompromisu". Człowiek, który w PRL-u dokonał 500 aborcji (do tylu przyznał się), a później nawrócił się, to znaczy uznał, że wygodnie będzie żył, kiedy będzie popierał naukę kościoła i stanie się bohaterem środowisk katolickich, jest dla pani Małgorzaty wybitnym autorytetem. Grozę budzi fakt, że ów człowiek cały czas ma kontakt z pacjentkami i ze studentami medycyny. Pan profesor raczy swoich czytelników/słuchaczy bredniami o wczesnoporonnym działaniu wkładki hormonalnej i całej antykoncepcji hormonalnej. Jak do tej pory nie udowodniono, aby wkładka, czy inne formy antykoncepcji hormonalnej uszkadzały zarodek i doprowadzały do poronienia. Pan profesor perfidnie kłamie, ponieważ badania udowodniły, że u kobiet stosujących wkładki hormonalne w ogóle nie dochodzi do zapłodnienia. Posługuje się stanem wiedzy sprzed lat, nie dokształca się albo świadomie oszukuje swoich słuchaczy i pacjentki działając na zlecenie kościoła. Fakt zmniejszania objętości wyściółki macicy ma charakter leczniczy - to dzięki niemu nie mamy obfitych okresów i jesteśmy chronione przed nowotworem trzonu macicy, mięśniakami i endometriozą. Antykoncepcja przede wszystkim blokuje owulację, a więc dojrzewanie komórki jajowej. Gdyby doszło do połączenia się plemnika z komórką jajową i do powstania zygoty (pierwszy etap procesu zapłodnienia),to antykoncepcja nie dopuszcza do wędrówki zapłodnionej komórki jajowej przez jajowód. Zapłodniona komórka jajowa to nie ciąża, ani dziecko. Według WHO początkiem ciąży jest koniec procesu zapłodnienia- to znaczy zagnieżdżenie się blastocysty w macicy. Kolejnym absurdalnym stwierdzeniem jest zdanie, że antykoncepcja ubezpładnia. Antykoncepcja nie powoduje bezpłodności-jedynie czasowo blokuje cykl, co jest jak najbardziej wskazane w przypadku wielu chorób ginekologicznych i ma działanie lecznicze. Pani prof. Violetta Skrzypulec, kierownik Zakładu Profilaktyki Chorób Kobiecych, Katedra Zdrowia Kobiety Śląskiej Akademii Medycznej, konsultant wojewódzki ds. seksuologii. w artykule z 2008 roku mówi wprost, że nikt nie zabija dziecka poczętego przez stosowanie antykoncepcji."Dla lekarzy tabletka antykoncepcyjna jest lekiem, przy pomocy którego nie szkodzimy, ale pomagamy. Antykoncepcję stosujemy np. w przypadku nawracających torbieli czy zdiagnozowanych nienowotworowych cyst jajnika, ponieważ jest to jedyna możliwość uratowania jajnika. Przy takim postępowaniu można zablokować pracę tego narządu np. na 3 lata i zapobiec pojawianiu się kolejnych zmian chorobowych. Tabletkę antykoncepcyjną stosujemy w obfitych krwawieniach, nieregularnych cyklach i oczywiście po zabiegach operacyjnych, np. w przypadkach ciąży pozamacicznej. Na całym świecie zaleca się również podawanie takiej tabletki u kobiet z grupy ryzyka raka jajnika. To nieoceniona terapia antykoncepcyjna z efektem dodanym. Kiedy jajnik nie pracuje, spada możliwość pojawienia się w nim nowotworu. W przypadkach zaburzeń hormonalnych, pigułka antykoncepcyjna jest lekiem pierwszego rzutu. My, endokrynolodzy, stosujemy pigułkę antykoncepcyjną przy nadmiernym owłosieniu, trądziku. Także jako element regulacji cyklu miesiączkowania u dziewcząt, które nierozważnie się odchudzały." Lekarze poważnie traktujący ginekologię, czyli tacy, którzy nie podpisali zdradzieckiej deklaracji wiary, mówią wprost, że polecanie naturalnego planowania rodziny to przyczynianie się do niechcianych ciąż i aborcji, działanie nieodpowiedzialne, działanie na szkodę pacjentki i jej rodziny. Już w 2003 roku Polskie Towarzystwo Ginekologiczne w składzie: Prof. Dr hab. Marian Szamatowicz, Prof. Dr hab. Marek Spaczyński, Prof. Dr hab. Romuald Dębski, Prof. Dr hab. Krzystof Drews, Prof. Dr hab. Grzegorz Jakiel, Dr n.med. Medard Lech, Dr hab. Tomasz Niemiec, Prof. Dr hab. Stanisław Radowicki, Prof. Dr hab. Tomasz Pertyński, Dr n.med. Grzegorz Południewski, Prof. Dr hab.Piotr Skałba, Prof. Dr hab. Alina Szymankiewicz- Warenik, uznało, że nowoczesna i skuteczna antykoncepcja jest jedynym, profilaktycznym przeciwdziałaniem ciążom niepożądanym i ich przerywaniu. Tylko właściwa edukacja o antykoncepcji może doprowadzić do zmiany myślenia o antykoncepcji i być środkiem obronnym przed religijnym fanatyzmem, który zastrasza kobiety i fałszuje rzeczywistość. Polki chcą mieć dostęp do antykoncepcji, również awaryjnej, co pokazuje zapotrzebowanie na ten środek - kobiety kupują na zapas w obawie przed decyzją Ministerstwa Zdrowia, którym włada człowiek ze środowiska kościelnego. Nie może być, że do mediów przedostają się jedynie negatywne informacje o antykoncepcji, a kobiety nawet w gabinetach lekarskich są narażone na zmaganie się z religijnymi dogmatami lekarzy.

wtorek, 1 października 2013

Istota konfliktu o aborcję.


Ostatnia debata w Sejmie skłania do refleksji nie tylko nad językiem, ale także nad wartościami. Jest oczywiste, że polskie dopuszcza mówienie o aborcji, jako o zabijaniu nienarodzonych dzieci. Orzeczenie Sądu Okręgowego w Katowicach w sprawie A. Tysiąc/Gość Niedzielny nie pozostawia wątpliwości - można nazywać aborcję zabójstwem, ale nie wolno odnosić tego do konkretnej osoby wymienionej z imienia i nazwiska. Oburzenie środowisk lewicowych, choć zrozumiałe, wiele nie da, ponieważ takie nazewnictwo jest zgodne z prawem i zasadę wolności słowa. Z resztą, w przypadku aborcji z powodów genetycznych nie mamy do czynienia z zarodkiem, czy zapłodnioną komórką jajową, tylko z ukształtowanym człowiekiem, ewentualnie z niedorozwojem, deformacjami części ciała lub narządów. Argument o stopniu rozwoju, o nie-człowieku jest niepoważny. O ile można mieć wątpliwości, co do człowieczeństwa zarodka, a więc do 9 tygodnia ciąży, o tyle w późniejszym etapie ciąży, to, że mamy do czynienia z rozwijającym się człowiekiem pozostaje bezsporne. Rozwój mózgu rozpoczyna się 7-9 tygodniu ciąży. W środowiskach feministycznych popularny jest pogląd, że początkiem życia człowieka jest rozpoczęcie rozwoju mózgu, podobnie jak końcem życia jest śmierć pnia mózgu. Wynika z tego, że osoby wyznające takie poglądy muszą być konsekwentne i nie mogą zaprzeczać, że płód, u którego rozpoczął się rozwój mózgu jest człowiekiem. Zaprzeczając swoim własnym twierdzeniom w sytuacji, kiedy jest to wygodne tracimy wiarygodność. Przy problemie aborcji z powodu ciężkiego uszkodzenia płodu nie podlega dyskusji człowieczeństwo płodu, ale pytanie, czy humanitarne jest rodzenie dzieci, które nie przeżyją porodu lub umrą niedługo po nim, bądź nich życie będzie wegetacją - nie będą mówiły, na nawet samodzielnie przyjmować posiłków? Kolejnym problemem jest pytanie o to, czy mamy prawo narażać kogoś na bezustanne cierpienie? Warto też zwrócić uwagę na kwestię rodziny - genetyczna choroba nieuleczalna, skutkująca niezdolnością do życia odbija się w różny sposób na rodzinie. Wiele małżeństw rozpada się, bo przeważnie ojcowie nie wytrzymują psychicznie. Cierpią na tym starsze dzieci, które czują się odsunięte na boczny tor. Któreś z rodziców musi zrezygnować z pracy, aby przez całą dobę opiekować się dzieckiem, którego stan nigdy nie poprawi się. Oznacza to znacznie pogorszenie sytuacji materialnej rodziny. Państwo nie pomaga - leki, operacje, rehabilitacja to olbrzymie pieniądze, które rodzina musi sama wykombinować. Narodowy Fundusz Zdrowia niczego nie refunduje. Nie zauważona pozostała kwestia innych, przewlekłych chorób w rodzinie. Bywa, że rodzice lub starsze rodzeństwo nie są do końca zdrowi, chorują na nowotwory, cukrzycę, nadciśnienie, choroby serca, nerek, wątroby i potrzebują lekarstw. Poważnie upośledzone dziecko, które nigdy nie będzie zdolne do samodzielnego życia, co oznacza pogorszenie zdrowia innych osób w rodzinie i brak funduszy na leczenie. Pieniądze nie są z gumy, nie rozciągają się, nie spadają z nieba, jak biblijna manna. Niestety, sytuacja materialna jest istotnym argumentem w dyskusji, ponieważ utrzymanie takiego dziecka kosztuje. Jeżeli obrońcy życia są tak bardzo wrażliwi na krzywdę uszkodzonych płodów, to powinni zacząć do rozmów nad zmianą systemu socjalnego i systemu opieki - powinny lobbować za większymi zasiłkami, za refundacją leków i specjalistycznych operacji w kraju i za granicą. Najprościej jest zakazać, a potem umyć ręce i powiedzieć, że projekt nie powoduje kosztów dla budżetu państwa.
Mogę zrozumieć wrażliwość pro-life na kwestię terminacji płodów, o których wykryto zespół Downa, bo nie jest to choroba skutkująca całkowitym kalectwem. Z drugiej strony obrońcy życia nie robią nic, aby edukować społeczeństwo w kwestii życia z tą chorobą - nie przedstawili ani jednej publikacji o chorobie, o możliwościach chorych osób, nie wspomnieli o sukcesach sportowców, czy artystów z zespołem Downa. Nie wydrukowali choćby jednej broszury opisującej opiekę nad dzieckiem, jego zdolności społeczne, osobowość, czy kwestie edukacji. Jedynie paraliżują pracę szpitali i krzyczą o mordowaniu pokazując zdjęcie trzy letniej dziewczynki, bądź pani Godek z synem. Ich działania to zwykle warcholstwo mające na celu ubliżanie i prześladowanie. Uważny obserwator działań pro-life zauważy bez trudu, że organizacje te prześladują prof. Wielgosia, któremu odmawiają prawa do sędziowania w konkursie, czy udziału w konferencji naukowej. Pro-life nęka Rzecznika Praw Dziecka za to, że walczy z przemocą domową, której ofiarami padają dzieci, a nie protestuje przeciwko zapisowi o możliwości aborcji ciężko upośledzonych płodów. Czytając wpisy pro-life w sieci można odnieść wrażenie, że punkt o upośledzeniu płodu sprowadzają do zespołu Downa i mówią jedynie o zabijaniu takich dzieci. Nie widzą innych schorzeń genetycznych. Za to często pojawia się kuriozalne stwierdzenie, że dzieci są zabijane z powodu podejrzenia choroby. Zapominają, że współczesna diagnostyka pozwala na pewne postawienie diagnozy. Pomyłki należą do rzadkości. Pro-life mówi o wielkiej hańbie, o łamaniu Konstytucji, o dyskryminacji osób niepełnosprawnych. Konstytucja gwarantuje prawo do prywatnego życia, do wolności sumienia, zabrania zmuszania do poświęceń. Kwestia, czy zespół Downa jest przesłanką do aborcji pozostaje otwarta, można zastanawiać się, jak zmniejszyć ilość aborcji w tym przypadku. Jednym ze sposobów na zmniejszenie liczby aborcji powinna być edukacja w zakresie chorób genetycznych prowadzona w mediach, w poradniach genetycznych i w szkołach ponadgimnazjalnych, np: na przedmiotach "Zdrowie człowieka" oraz edukacja seksualna, które powinny zastąpić naukę religii. Katecheza w szkole ponadgimnazjalnej niczemu nie służy, bowiem młodzież jest już po bierzmowaniu, czyli jest dojrzała pod względem religijnym. Istotą konfliktu o aborcję jest odmienny centralny punkt. Zwolennicy zaostrzenia ustawy zwracają uwagę na cierpienie płodu, na święte prawo do życia, pomijając problem matki - jej decyzji, życia rodziny i funkcjonowania dziecka niezdolnego do życia po narodzeniu. Brakuje im refleksji nad cierpieniem kobiety, która traci dziecko zaraz po porodzie, bądź latami patrzy na jego cierpienie. Druga strona - zwolennicy kompromisu i osoby opowiadające się za liberalizacją ustawy patrzą na problem wyłącznie od strony praw kobiet. Pomijają kwestię człowieczeństwa płodu, a na nawet wbrew swojej filozofii jej zaprzeczają.
Po obu stronach jest sporo przekłamań i manipulacji - brakuje refleksji nad wydawałoby się sprzecznymi wartościami - dzieckiem i kobietą. Punktem wspólnym powinna być edukacja. Pro-life torpeduje edukację seksualną niezgodną z wolą kościoła. Kolejną rzeczą na którą powinny pochylić się obie strony to lista schorzeń płodu, przy których możliwa byłaby aborcja. Nie chcą jej obie strony. Zwolennicy kompromisu twierdzą, że odbierze ona kobiecie resztę praw, a pro-life, że pociągnie za sobą więcej dziecięcych ofiar. Tymczasem taka lista uporządkowałaby sytuację, ułatwiła pracę lekarzom i decyzję rodzicom, a także chroniłaby dzieci. Zdumiewające jest to, że nie ma woli wypracowania pakietu pomocy dla rodzin,w których żyją dzieci z chorobą genetyczną. Obie strony okopały się na swoich pozycjach, ubliżają sobie na wzajem, zarzucają nieuctwo, zamiast siąść i wypracować działania pomocowe, jak choćby system opieki nad takim dzieckiem, czy kwestię refundacji leczenia. Jak widać jest pole do współpracy. System pomocy byłby korzystny dla kobiet i dzieci. Jeżeli już zmieniać ustawę to jedynie przez dodanie zapisu o nieutrudnianiu do badań prenatalnych i ich finansowaniu przez NFZ oraz o darmowym leczeniu dziecka w okresie prenatalnym i szybkiej w miarę medycznej możliwości korekcie wad narządów po narodzinach. Nie można usunąć zapisu o dopuszczalności aborcji z powodów genetycznych, ponieważ ustawodawca nie może aż tak ingerować w prywatność, zmuszać do poświęceń ponad siły. Wybór jest kwestią rodziców.