VigLink

Witam i zapraszam
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 sierpnia 2016

Terlikowscy i ciąże z gwałtu

]

Ciąże z gwałtu to temat trudny, niezwykle delikatny,który niestety stał się sprawą publiczną, służącą do walki z prawami kobiet,niby w obronie praw płodu. Strona religijna trudny temat wykorzystuje do emocjonalnego szantażu i podlizywania się biskupom. Naczelny redaktor mediów katolickich Tomasz Terlikowski od czasu do czasu pisuje na ten temat. Zawsze broni płodu, nawet, jeżeli jego matką jest 11 letnia brutalnie zgwałcona dziewczynka, która nie jest w stanie donosić ciąży do końca (historia z Paragwaju). Redaktor Terlikowski znów wypowiedział się na temat ciąży z gwałtu. Wypowiedź jest odpowiedzią na pytania zadane przez dr Krzysztofa Głódzia jego żonie. Doktor opisuje historię pacjentki brutalnie zgwałconej przez ojczyma, która chce pozbyć się blizn po gwałcie i usunęła ciążę. Przy okazji pyta panią Terlikowską (żonę redaktora), czy jej zdaniem w takim przypadku kobieta powinna być zmuszona do urodzenia dziecka i narażona na psychiczne cierpienia? Lekarz zarzuca katolickiej stronie, że potrafi doradzić jedynie modlitwę i wymuszać poświęcenie, podczas gdy ofiara gwałtu straciła po swoich przejściach wiarę w Boga, ludzi i normalny świat. Terlikowski jak zwykle uważa się za wszechwiedzącego i zaczyna od tezy, że aborcja w niczym kobiecie nie pomoże, ponieważ przez wiele lat będzie leczyła traumę, nie po gwałcie, ale traumę po aborcji. Jego zdaniem problemy psychiczne ofiary gwałtu są spowodowane aborcją, a nie niechcianym, brutalnie wymuszonym seksem. Terlikowski pisze, że kobieta być może po zabiegu chirurgii plastycznej będzie mogła nosić mini, z czasem zapomni o gwałcicielu, ale nigdy nie uda się jej zapomnieć o "niewinnym dziecku, które zostało skazane na śmierć". Trzeba przyznać, że tytuł artykułu "Nie gwałcicie gwałconych po raz drugi" wie mówi i jest bardzo mocny. Zawiera się w nim główna myśl artykułu: aborcja po gwałcie jest ponownym gwałtem na kobiecie i powoduje o wiele większe ran psychiczne niż samo przestępstwo. Jestem w stanie zrozumieć pogląd Terlikowskiego, że aborcja po gwałcie jest kolejną traumą w bardzo krótkim czasie, ale ciąża trwająca 9 miesięcy, decyzja, czy wychować dziecko, czy oddać również są przeżyciami traumatycznymi i powodują jeszcze większe cierpienie, ponieważ trwa ono o wiele dłużej. Katolicki redaktor jest zdania,że proponowanie aborcji po gwałcie jest krzywdzeniem kobiety i nie ma nic wspólnego ze współczuciem, nie pomaga w rozprawieniu się z traumą. Często ( w innych tekstach) powołuje się na amerykańskie badania, według , których ofiary gwałtu, które usunęły ciążę przeżywają depresję spowodowaną aborcją, a panie, które zdecydowały się na urodzenie dziecka nie żałują swojej decyzji i szybciej odzyskują równowagę psychiczną. Zakładając, że wyniki tych badań są wiarygodne to należy zauważyć jedną rzecz, której nie dostrzega katolicki redaktor- kobiety miały wybór. Jeżeli pomimo traumatycznych przeżyć zdecydowały się urodzić dziecko, to zrobiły to świadomie, kierując się swoimi wartościami życiowymi, znając swoją psychikę. Wybierając: aborcja lub poród odzyskały panowanie nad swoim ciałem. Nie ma większego znaczenia, czy kierowały się religią, poczuciem, że dziecko nie zawiniło, czy innymi motywami. Najważniejszy jest wybór. Odnoszę wrażenie, że nawet Terlikowski zdaje sobie z tego,że temat aborcji po gwałcie wywołuje wiele emocji. Uważa,że to ruch pro-choice używają szantażu emocjonalnego i fałszywego współczucia kobietom, aby usprawiedliwić "mordowanie niewinnych dzieci". Wszystkie historie, przedstawiane przez katolickie media, których bohaterki rodzą dzieci poczęte w czasie gwałtu pochodzą z krajów, w których legalna jest aborcja i dokonały tego wyboru, więc doskonale wpisują się w postulaty ruchu pro-choice. Nie wolno zmuszać ofiar gwałtu ani do porodu, ani do aborcji. W tej kwestii nie ma idealnego rozwiązania. Decyzja powinna należeć do zainteresowanej. Państwo nie ma prawa niczego wymuszać, a już tym bardziej narzucać stanowiska jednej religii całemu społeczeństwu. Nikt nie twierdzi, że aborcja w tym przypadku od razu uzdrowi kobietę, wyleczy ją z traumy po gwałcie. To nie jest magiczne zaklęcie. Nikt nie zagwarantuje kobiecie dobrego samopoczucia, ale wybór , co zrobić z ciążą po gwałcie powinien należeć do kobiety. Jestem w stanie przyjąć, że pan redaktor ma szlachetne intencje ratowania ofiar przed traumą poaborcyjną i "dzieci poczętych" przed śmiercią. Jednakże przymus spowoduje powiększenie dramatu kobiet i zabójstwa noworodków. W jednym zgadzam się z autorem- kary za gwałt są stanowczo za niskie, a sytuacja, kiedy za gwałt orzekana jest kara z warunkowym zawieszeniem lub sprawca wychodzi na wolność za dobre sprawowanie jest absolutnym skandalem. Kobieta, która zaszła w ciąże w wyniku gwałtu ma trzy wyjścia/; urodzić i wychować, urodzić i oddać do adopcji, usunąć ciążę. Najrozsądniejszym rozwiązaniem byłaby darmowa antykoncepcja awaryjna, ale temu też sprzeciwiają się fanatycy religijni. Ich zdaniem antykoncepcja awaryjna "zabija ludzi na najwcześniejszym etapie rozwoju" i demoralizuje kobiety.

wtorek, 31 maja 2016

Czy obrońcy życia naprawdę bronią życia?


Obrońcy życia to bardzo ciekawa, choć niebezpieczna z punktu widzenia praw obywatelskich grupa. W Polsce to 150 organizacji, których cechą charakterystyczną jest zgadzanie się z nauczaniem kościoła i chęć pozbawienia kobiet prawa do decydowania o swojej rodzinie. Organizacje pro-life walczą nie tylko z legalną aborcją,ale także z edukacją seksualną, antykoncepcją, in vitro i badaniami prenatalnymi. Ostatnio wsławili się zamiarem pociągania do odpowiedzialności karnej kobiet, które poroniły i lekarzy, którzy ratując życie matki doprowadzili do spowodowania nieumyślnej śmierci płodu. Obrońcy życia to bardzo myląca nazwa. Nie bronią życia w sensie ogólnym- nie mają nic przeciwko przemocy wobec zwierząt, czemu dają wyraz na plakatach. Wklejam dwa plakaty, aby pokazać fałsz największej polskiej organizacji obrońców życia. Patrząc na nie zastanawiam się, jak można uważać siebie za obrońcę życia i popierać znęcanie się nad zwierzętami? Do jakiego stopnia trzeba być podłym, aby zestawiać te dwie sytuację i przekazywać społeczeństwu przekaz, że jedynym złem jest aborcja. Autorzy plakatów epatują okrucieństwem na ulicy, nie zwracają uwagi na dzieci, o które rzekomo walczą,na ludzką wrażliwość, czy elementarne poczucie estetyki. Ich celem jest szokowanie i manipulowanie społeczeństwem.Trudno nazwać obroną życia takie wystawy,czy duchową adopcję życia poczętego.Badania prowadzone przez WHO i Guttmacher Institute jednoznacznie wskazują, że restrykcyjne przepisy antyaborcyjne nie zmniejszają liczby aborcji. Sprawiają jedynie, że aborcja dokonywana jest poza kontrolą. Aborcji nie przeciwdziała wychowanie do wstrzemięźliwości seksualnej i wstydu z powodu seksualności- najczęściej skutkiem takich działań jest ukrywanie przez młodzież faktu rozpoczęcia współżycia, niechciane ciąże i aborcje. W rejonach świata, gdzie terminacja ciąży jest mniej lub bardziej legalna oraz gdzie dostępne są skuteczne środki antykoncepcyjne, liczba aborcji spadła w ciągu ostatnich 25 lat o średnio 40 proc. W państwach, w których przerywanie ciąży jest zakazane, liczba przeprowadzanych zabiegów od lat jest mniej więcej stała.Dane opublikowane niedawno w medycznym przeglądzie Lancet to wyniki badań, które trwały 25 lat i dotyczyły kobiet między 15 a 44 rokiem życia. Najbardziej widoczne ograniczenie liczby zabiegów przerywania ciąży odnotowano w krajach Europy Wschodniej. W roku 1990 aborcję przeprowadzało tutaj aż 46 na 1000 kobiet. W 2014 roku było ich już tylko 27. Według naukowców różnica ta spowodowana jest pojawieniem się w latach 90-tych nowoczesnych metod zapobiegania ciąży. Aborcji na naszym kawałku kontynentu przeprowadza się jednak ciągle niepokojąco dużo, szczególnie w porównaniu z krajami Europy Północnej gdzie wskaźnik spadł z 22 kobiet na 1000 w 1990 roku do 18 w roku 2014. W państwach gdzie aborcja jest zakazana, a wiedza o metodach antykoncepcji zerowa, zmieniło się bardzo niewiele: w 1990 roku ciążę usuwało tam 39 na 1000 kobiet, a w roku 2014 - 37, przy czym spadek ten w krajach Ameryki Łacińskiej to prawdopodobnie wynik wstrzemięźliwości seksualnej powodowanej strachem przed wirusem Zika.(dane za http://foch.p/foch/1,150562,20086012,ustawa-antyaborcyjna-to-slepy-zaulek-liczbe-aborcji-zmniejszyc.html). Najwięcej dzieci rodzi się w krajach , gdzie kobiety mają dostęp do antykoncepcji. U nas- panuje hipokryzja. Dzietność 1,3 przy ograniczeniach aborcyjnych powinna zastanowić, ale refleksji nie ma. Zamiast tego obrońcy życia domagają się zakazu aborcji, ograniczenia badan prenatalnych i wycofania ze sprzedaży antykoncepcji awaryjnej. W 2013 roku CBOS przeprowadził badania dotyczące aborcji w Polsce- najczęściej ciążę przerywają Polki niewykształcone, praktykujące katoliczki z mniejszych miejscowości, które odrzucają antykoncepcję z powodów religijnych lub nie stać ich nowoczesne metody zapobiegania ciąży. Zakaz aborcji nie zwiększa przyrostu naturalnego - zdesperowana kobieta i tak przerwie ciążę. Gdyby organizacjom pro-life zależało na ratowaniu dzieci w okresie prenatalnym to wspierałyby antykoncepcję, edukację seksualna i leczenie prenatalne, a nie walczyły z tym. Sprzeciwiałyby się przemocy w rodzinie i przemocy wobec dzieci. Polskie pro-life wystąpiło przeciwko konwencji antyprzemocowej, popiera stosowanie kar cielesnych wobec dzieci jako prawa rodziców do wychowania dzieci zgodnie ze swoją religią. Nie widza nic złego w biciu dzieci, w zmuszaniu zgwałconych nastolatek do rodzenia, w karaniu kobiet za poronienie, a nawet w karaniu lekarzy za próbę ratowania matki i płodu, o ile płód nie przeżyje.Kluczem do zmniejszenia liczby aborcji jest mądra,wolna od wszelkich religii polityka prokreacyjna oparta na edukacji seksualnej, dostępie do antykoncepcji, badaniach prenatalnych i leczeniu prenatalnym, a także na właściwej opiece nad ciężarną. Spotkałam się z przekonaniem, że obrońców życia powinno się edukować- w końcu mamy wspólny cel: zmniejszenie liczby aborcji. W praktyce okazuje się, że bardzo trudno rozmawia się z ludźmi głuchymi na wszystkie argumenty, którzy podważają autorytety medyczne, mają swoje pseudobadania. Za nimi również stoją organizacje lekarzy wiernych kościołowi,którzy piszą niby naukowe artykuły. Przeciętny czytelnik, który zobaczy, że autorem tekstu jest lekarz bierze za prawdę podane tam informacje. Obrońcy życia odwołują się do podstawowych wartości, takich jak: rodzina, patriotyzm i przywiązanie do tradycji. W narracji obrońców życia osoba, która nie popiera całkowitego zakazu aborcji nie jest prawdziwym Polakiem, ale zdrajcą, dewiantem,agentem homolooby, który ma na celu zniszczenie Polski i rodziny. Na ostatnim Marszu dla Życia i Rodziny w Kielcach tamtejsi obrońcy życia w porozumieniu z biskupem rozdawali ulotki oczerniające osoby seksualne. Treść materiałów była przepełniona seksualizacją, z którą rzekomo walczą.

czwartek, 24 października 2013

6 latek w szkole


Uważam, że referendum powinno odbyć się, a wraz z pytaniami o 6latki i gimnazjum powinny pojawić się zagadnienia wychowania seksualnego i wyprowadzenia religii ze szkół. Obniżenie wieku rozpoczęcia nauki w szkole jest jednym z najważniejszych punktów reformy systemu edukacyjnego. Według pomysłodawców ma to zwiększyć dostępność do edukacji i wyrównać szanse edukacyjne. Jak w kalejdoskopie zmieniał się czas wprowadzenia tych zmian w życie. Najpierw ostateczną datą posłania 6-latków do szkoły był wrzesień 2012, Ministerstwo edukacji zmieniło jednak zdanie i o 2 lata odsunęło obowiązek edukacji szkolnej 6 latka. Do września 2014 roku to rodzice będą decydowali, czy dziecko rozpocznie o rok wcześniej naukę w szkole podstawowej. Zmiana nastąpiła po protestach rodziców, widzących w pomyśle ministerialnym skrócenie beztroskiego dzieciństwa, argumentujących, że szkoły nie są przygotowane na przyjęcie 6-latków, program jest przeładowany, dziecko narażone jest na większe ryzyko niepowodzeń szkolnych. Zdaniem rodzica Rodzice zwracają uwagę na różnice w rozwoju 6 i 7 latka, niedostosowanie podręczników do potrzeb młodszego ucznia. Najpoważniejszym zarzutem wobec reformy jest kwestia nieprzygotowania szkół, w których brakuje mebli dostosowanych do wzrostu 6-latków, kącików do zabaw i czasu na odrobinę relaksu wśród zabawek. Dziecko nie wytrzymuje 45 minut, ma nieustanną, naturalną potrzebę ruchu, czego zdaniem rodziców nie otrzymuje w szkole podstawowej. W przedszkolu nauka połączona jest z zabawą, dominuje bawienie się, zabawy edukacyjne i ruchowe. Istotnym czynnikiem, który powoduje sprzeciw rodziców wobec obowiązku szkolnego 6-latków jest narażenie dziecka na duży stres. Dziecko 6 -letnie zazwyczaj pracuje wolniej niż siedmiolatek, przez co denerwuje się – inne dzieci skończyły zadanie, ono nadal je rozwiązuje. W Polsce i na świecie Obawy rodziców częściowo potwierdzają się. Pomysł, aby szkoła podstawowa rozpoczynała się od 6 roku życia, nie jest najgorszy w założeniach. W Unii Europejskiej dzieci rozpoczynają edukację szkolną między 5 a 6 rokiem życia. Na problem należy spojrzeć z innej perspektywy. Problemy 6 latków w szkole biorą się z faktu, że w okresie przejściowym (czas, kiedy to rodzice decydują o tym, czy sześciolatek pójdzie do szkoły, czy zostaje w przedszkolu), wynika z włączenia 6 -latków do grupy dzieci o rok starszych i wymagania od nich tych samych treści nauczania. Rzeczą naturalną jest to, że rok młodsze dziecko pracuje wolniej, ma słabiej wyćwiczone mięśnie ręki, potrzebuje więcej ruchu. Nauczyciel nie ma wyboru – musi wymagać od wszystkich tego samego. Wielka jest rola rodziców, którzy w sposób przypominający zabawę powinni pomóc dziecku. Ćwiczenie mięśni ręki nie wymaga dużych nakładów finansowych, wystarczy poprosić dziecko, aby pomagało w ugniataniu ciasta, kupić plastelinę, czy zabawki do zginania lub ugniatania lub samemu zrobić masę solną. Dobrym rozwiązaniem, zwłaszcza dla dziewczynki jest komplet kolorowych sznurków, które dziecko może splatać i tworzyć z nich łańcuszki, ozdoby dla siebie i lalek. Świetnie sprawdzają się grube, drewniane kredki, wyrabiające nawyk właściwego trzymania ołówka. Najważniejsze jest czytanie dziecku i opowiadanie razem z dzieckiem o przeczytanej książce, dzięki temu wzbogacamy słownictwo, uczymy koncentracji uwagi i ćwiczymy pamięć słuchową. A może warto zapisać dziecko do szkoły? W momencie, kiedy edukacja 6-latków będzie obowiązkowa i w oddziale klasowym będą same 6-latki nie będzie problemu wynikającego z różnic w wieku, odpadnie kłopot z zbyt wolnym tempem pracy małego ucznia i podręcznikami. Dzieci 6-letnie mają w sobie naturalną ciekawość świata, pytają, oczekują jasnych i konkretnych odpowiedzi, jest, więc podstawa do wprowadzenia w świat nauki. Wychowanie dziecka Dziecko musi być właściwie prowadzone, aby nie zmarnować okresu największej pasji poznawczej. Szósty rok to odpowiedni czas na odkrywanie talentów ucznia i zapisywanie go na odpowiednie zajęcia. Reforma ma swoje wady i zalety. Dziecko ciekawskie, które chętnie rysuje, słucha opowiadań, zadaje pytania, potrafi odpowiadać na pytania warto zapisać do szkoły. W przedszkolu też może się rozwijać, ponieważ programy nauczania są podobne. Za przedszkolem przemawia: znane dziecku środowisko, przewaga zabawy i dostosowanie pomieszczeń do potrzeb małego dziecka. Dal wielu rodziców argumentem, aby w wieku 6 lat, szkoła podstawowa stała się elementem życia dziecka jest darmowa nauka języka obcego i bezpłatne zajęcia z gimnastyki korekcyjnej, za które w przedszkolu trzeba było płacić oraz możliwość zapisania dziecka na dodatkowe zajęcia artystyczne lub sportowe. Rodzice zapisują 6-latka do szkoły ze względu na odległość szkoły od domu – szkoła często jest bliżej. Warto liczyć się ze zdaniem pociechy, – jeżeli woli chodzić do przedszkola, to niech chodzi. Puszczenie dziecka w wir systemu edukacji rok wcześniej, wbrew jego woli przyniesie więcej szkody niż pożytku. Program wychowawczy szkoły Każda szkoła podstawowa ma swój program wychowawczy, określający misję szkoły cele wychowawcze, powinności nauczyciela i zadania wychowawców klas, zasady współpracy wychowawczej z rodzicami, formy pomocy dla uczniów w sytuacjach trudnych, program przeciwstawiania się złu, opis rytuału uroczystości szkolnych, regulamin samorządu uczniowskiego. W szkołach cele programu wychowawczego mogą być sformułowane inaczej, generalnie chodzi oto, aby rodzice wiedzieli, jakie cele w wychowaniu stawia sobie szkoła i w jaki sposób mogą ze szkołą współpracować. Misją szkoły jest bycie instytucją, w której zawsze będzie miejsce dla tolerancji, nauki, kultury, wzajemnego szacunku i dążenia do sukcesu. Szkoła ma obowiązek pomagać uczniom we wszechstronnym rozwoju, łączyć życzliwość ze stanowczością wymagań, zapewnić sprawiedliwość i równość szans, wspierać partnerstwo przygotowywać do samodzielności i aktywności, uczyć kreatywnego myślenia, zapewnić bezpieczeństwo, przyjaźń i radość uczenia się. Zadanie szkoły podstawowej Szkoła podstawowa dąży do tego, aby absolwent był człowiekiem mającym poczucie własnej godności, który potrafi zastosować wiedzę i umiejętności w praktyce. Szkoła kładzie nacisk, aby uczeń był człowiekiem asertywnym, umiał odróżniać dobro od zła w oparciu o uniwersalne wartości, szanował dziedzictwo kulturowe, otwartym na innych, tolerancyjny, szczery i życzliwy. Szkoła podstawowa dąży do tego, aby uczeń, który po 6 latach edukacji opuści mury szkoły dbał o zdrowie swoje i otoczenia, charakteryzował się sprawiedliwością i odpowiedzialnością i był ciekawy świata, Dojrzałość szkolna 6-latka Szkoła podstawowa wymaga osiągnięcia pewnego rodzaju dojrzałości, zwanej dojrzałością szkolną. Najogólniej mówiąc, dojrzałość szkolna – to zespół umiejętności, wiedzy i norm zachowania, które niezbędne są do podjęcia nauki w szkole. Dyskusja nad obniżeniem wieku, w jakim uczeń ma rozpocząć obowiązek szkolny, sprowadza się do pytanie, czy 6-latek jest gotowy na to, aby zostać uczniem? Na postawione powyżej pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Wszystko zależy od indywidualnych predyspozycji danego dziecka. Co powinien wiedzieć maluch? Maluch powinien; znać dni tygodnia, nazwy miesięcy, pór roku, podzielić wyrazy na sylaby, powiedzieć, na jaką literę zaczyna się lub kończy wyraz, policzyć do 10, znaleźć różnice na obrazku, posegregować elementy na obrazku od najmniejszego do największego, opisać obrazek, odpowiedzieć na proste pytania do tekstu czytanego przez dorosłą osobę, znaleźć na obrazku elementy, które wskaże dorosły, połączyć elementy w pary, rysować po śladzie, rysować szlaczki, pisać literki po śladzie. Wszystkie powyższe umiejętności dziecko nabywa w przedszkolu, można je ćwiczyć w domu, przy pomocy różnych zbiorów zadań dla 5 i 6 latków. Istotne jest również, czy dziecko wymawia wszystkie głoski. Proste ćwiczenia logopedyczne zaleci logopeda, który wcześniej zdiagnozuje problemy z wymową. Do logopedy należy zgłosić dziecko 4-letnie, które nie wypowiada prostych zdań lub dziecko 5-letnie, niewymawiający „l”, b, p, t, d, j’ i sylab ‚lo.Le, la, ja, je, ja” Przedstawiłam kwestię dojrzałości pod względem wiedzy i umiejętności, osobną sprawą jest zachowanie. Zachowanie w szkole Szkoła podstawowa wymaga właściwego zachowania. Problemy ze sprawowaniem to największy kłopot dla 6-latka i rodzica. Dziecko 6-letnie nie jest w stanie wysiedzieć 45 minut i skupić przez ten czas uwagę, większość nauczyciele bierze ten fakt pod uwagę i organizuje prowadzenie zajęć według rytmu dzieci, a nie dzwonka – robi przerwy dzieciom na wyjście do toalety, czy krótkie zabawy ruchowe. Decydując się na posłanie 6 latka do szkoły trzeba zdawać sobie z tego, że dziecko będzie chodziło po klasie, marudziło, że będzie zaczepiane przez starsze dzieci, a na zaczepki będzie reagowało płaczem lub agresją. Jakie mogą powstać problemy? Ważnym problemem w zachowaniu dziecka 6-letniego w szkole jest przesadne przeżywanie porażek – bywa, że mały uczeń płacze, bo pani nie zapytała jego, tylko kolegę, popada w histerię, bo nie chce wykonać danego ćwiczenia. Reakcje nauczycieli, często nieprzygotowanych na takie sytuacje są różne -od ciągłego upominania, stawiania do kąta, do uwag, choć są nauczyciele, którzy starają się uspokoić dziecko, zachęcić do pracy, przytulają. Szkolny pedagog pomaga dziecku, rozmawia z nim, rozwiązuje uspokajające ćwiczenia. Najważniejszy w takiej sytuacji jest spokój rodzica, który musi być dla pociechy wsparciem, powinien spokojnie rozmawiać z dzieckiem i w razie sytuacji niepokojących interweniować u wychowawcy. Dobrze jest ćwiczyć w domu koncentrację – tutaj pomaga nieodłączana przyjaciółka rodziców książka, puzzle, klocki. Dobrym pomysłem jest zagwarantowanie dziecku jak największej ilości ruchu i ograniczenie oglądania bajek i grania na komputerze. Wady reformy z 6 -latkami w tle Założenia reformy idą w dobrym kierunku. Dzisiejsze 6-latki potrafią dużo więcej niż ich rówieśnicy 20 lat temu.  Są świetnie zorientowane w komputerach, mają dostęp do lepszej, jakości materiałów szkolnych. Niestety, założenia nie idą w parze z rzeczywistością. Największe wady reformy Dużą wadą reformy jest to, że sukces dziecka w szkole zależy od rodzaju podręczników i nauczyciela. Jeżeli nauczyciel wybierze podręcznik, który pogodzi interesy całej grupy i nie obniżając wymagań pomoże dziecku, pochwali za każde dobrze wykonane ćwiczenie lub wysiłek, który uczeń włożył w wykonanie zadania, doda wiary w siebie, to dziecko będzie osiągało zadowalające efekty. Niestety często nauczyciele i rodzice stawiają swoje ambicje ponad dobro dziecka i wymagają rzeczy nierealnych, co powoduje dodatkowe obciążenie psychiczne, stres i uniemożliwia sukces w szkole. Zdarza się, że rodzice ulegają presji otoczenia i posyłają do szkoły dziecko niedojrzałe, które nie potrafi rysować prostych kształtów, czy znaleźć różnic na obrazku, o pisaniu po śladzie, czy wymienieniu dni tygodnia nie wspominając. Różnice między dziećmi Różnice między takim dzieckiem a klasą powiększają się, dziecko nie radzi sobie z nauką i reakcjami reszty klasy, a w konsekwencji mały uczeń nie otrzymuje promocji następnej klasy, co bardzo niekorzystnie wpływa na samoocenę i psychikę dziecka. Warunki panujące w szkołach są różne. Problemem są nawet drobiazgi, jak zbyt wysoko zamocowany haczyk na kurtki, za wysokie toalety, zbyt małe powierzchniowo klasy.

niedziela, 13 października 2013

Kto jest ofiarą?


O upokarzających aktach pedofilii w Kościele słyszeliśmy nieustannie przez ostatnie trzy tygodnie. Przypadki ujawnione przez media to tylko wierzchołek góry lodowej. Większość przypadków nie jest ujawniana, a zastraszone ofiary często boją się mówić. Wyroki za pedofilię duchownych są skandalicznie niskie, nawet w zawieszeniu. Aby walka z pedofilią miała sens to należałoby zacząć od dożywotniego zakazu pracy z dziećmi, zakazów wydawania wyroków za pedofilię w zawieszeniu i zwiększyć najniższy wymiar kary do 10 lat. Dobrym wyjściem byłaby faktyczna kastracja pedofilii, a nie tylko chemiczna. Mówienie o prawach człowieka , w tym przypadku nie ma racji bytu , bowiem bydlak, bez względu na zawód, który zgwałcił dziecko, nie zasługuje na miano człowieka, więc prawa człowieka nie odnoszą się do tej istoty. Kościół zamiast ukorzyć się, stworzyć fundusz pomocowy dla ofiar, zgłaszać przypadki pedofilii do prokuratury, ustami swoich hierarchów obwinia o pedofilię dzieci rozwodzących się rodziców. Jeden z biskupów i wtórujący mu księżulo w starszym wieku uważają, że dzieci z rozbitych rodzin lgną do księży, potrzebują miłości i kuszą biednych duchownych. Nawet jeżeli przestraszone dziecko przychodzi do księdza, chce mu się zwierzyć ze swoich problemów, przytuli się licząc na ukojenie swoich emocji, nie oznacza to, że ksiądz ma prawo wsadzać łapska do majtek dziecka, pokazywać swoje przyrodzenie i masturbować się przy dziecku. Chorego, dewiacyjnego zachowania dorosłego nic nie usprawiedliwia. Przeprosiny arcybiskupa, mętne tłumaczenia, że to przejęzyczenie brzmią niewiarygodnie. Hierarcha przeprosił, bo zorientował się, że słowa mogą go dużo kosztować. To nie była nielogiczna wypowiedź, coś w rodzaju bełkotu pijanego, ale spójna, logiczna konstrukcja zdaniowa. Co przeraża? Po pierwsze to, że z chęci zamiatania wszystkiego pod dywan biskupi gotowi są do największych świństw - do zrzucenia winy na ofiary, do zastraszania i szczucia społeczeństwa pod pretekstem obrony swoich interesów. Okazało się, że pedofilia w kościele do problem marginalny, rozdmuchany przez media nieprzyjazne Kościołowi i polską lewicę, aby walczyć z ostoją polskości i moralności. To atak homoloby, aborcjonistów, zboczeńców wszelkiej maci na przedstawicieli Chrystusa. Kościół oczywiście nie poczuwa się do odpowiedzialności. Czyny pedofilskie to problem pojedynczych księży i tylko oni zobowiązani są do zadośćuczynienia ofiarom, a nie instytucja Kościoła. Zdaniem jednego z hierarchów Kościół nie ma obowiązku powiadamiania organów ścigania o podejrzeniach pedofilii, w końcu stoi ponad prawem. Hierarchowie ruszyli swoje spasione brzuchy i ustalili, że będą pomagać ofiarom duchowo i psychologicznie, czyli jak zwykle umywają ręce.
Ofiary, drodzy panowie w koloratkach , mają gdzieś Wasze modły i wyrazy ubolewania - domagają się zamknięcia sprawców na długie lata i wypłaty odszkodowań. Poza marnymi ustaleniami i nielicznymi słowami przeprosin,Kościół w Polsce nadal nie ma zamiaru walczyć z pedofilią. Słowa są niczym wiatr- rzucane bezwładnie giną w niebycie. Za słowami nie pójdą przecież żadne działania - skoro kościół nie ma zamiaru zawiadamiać prokuratury i wypłacać odszkodowań. Bulwersuje również to, że polscy hierarchowie za nic mają wyroki niezależnego sądu - osoby skazane nadal są proboszczami, mają do posługi ministrantów, odprawiają msze, spowiadają, udzielają komunii. Powstaje pytanie, czy sakramenty udzielane przez te osoby - zboczeńców, skazańców są ważne? Jak może udzielać komunii, ktoś kto skrzywdził najbardziej niewinną istotę - dziecko? Jako ateistkę te kwestie mnie nie interesują. Nie wierzę, że w kawałku opłatka jest ciało Chrystusa, a facet, który siedzi w konfesjonale ma moc odpuszczania grzechów. Spowiedź uważam za jedno z największych upokorzeń. Chodzi o poczucie przyzwoitości - osoba, która dokonała największej zbrodni - zgwałciła dziecko, poucza innych o miłości, moralności, zakazie seksu przed ślubem, bredzi coś o czystości małżeńskiej. To po prostu żałosne. Działania Kościoła ograniczają się do przesunięcia księdza pedofila na inną parafię - gdzie nikt go nie zna i zboczeniec zagraża kolejnym dzieciom. Dla niego to nie jest kara, ale nagroda, bo znów może dać upust swoim bestialskim skłonnościom. Pocieszające jest to, że młodsze pokolenie księży domaga się ustąpienia skompromitowanych biskupów, którzy zamiast rozwiązywać problem zwalają winny na ofiarę i domagają się szacunku wobec Kościoła. Młode pokolenie ma dość odgrywania oblężonej twierdzy, atakowanej przez lewaków. Nawet red. Terlikowski, znany z bezkrytycznego podziwiania Kościoła odważył się na głos krytyki i domaga się zrobienia porządku z pedofilami, dostrzega, że kompromitujące słowa padły z ust biskupów, a nie spod pióra dziennikarzy.Z drugiej strony niepokoi sojusz prawicowych dziennikarzy powiązanych z PiS-em i wypowiedzi niektórych posłów, którzy nie widzą w zachowaniu hierarchii niczego złego , bo w końcu szlachetny pan biskup przeprosił, a w mówieniu o pedofilii w kościele widzą atak na kościół. Argumentują, że w każdym środowisku są pedofile, nawet reżyser Polański miał za sobą akt pedofilski, a Partia Zielonych w Niemczech pedofilami stoi.
Mamy przedziwną sytuację - rozpaczliwą próbę obrony przez umniejszanie własnych win. Reżyser Polański bez wątpienia powinien odpowiedzieć za swój czyn, tak samo przedstawiciele niemieckiej Partii Zielonych, co nie oznacza, że Kościół może czuć się bezkarny. Prawdą jest, że w każdym środowisku są pedofile, wśród adwokatów, trenerów, gwiazd filmowych i muzycznych, psychologów, pracowników produkcyjnych, bankowców, ale tylko w polskim Kościele pedofile wśród księży mogą liczyć na ochronę całej instytucji i na to, że ich szefowie będą obwiniać ofiary, zamiast sprawców. Tylko pedofile stanu duchownego dostają wyroki w zawiasach i dalej pracują z dziećmi. Poza tym Kościół rości sobie prawo do pouczania w kwestiach moralnych, do tworzenia nakazów i zakazów. Tylko Kościół torpeduje edukację seksualną, której jednym z celów jest wyrobienie przekonania w dzieciach, że nikt nie ma prawa pokazywać im swoich genitaliów i dotykać w intymne miejsca. Edukacja seksualna jest naprawdę groźną bronią w przeciwdziałaniu pedofilii - dziecko, które wie, jak reagować ucieknie po pierwszych niepokojących sygnałach i powiadomi dorosłych, a to znacznie utrudni działanie pedofilom i ukrywanie sprawców. Dopóki Kościół nie oczyści się z pedofilii i nie wypłaci ofiarom odszkodowań nie ma prawa pouczać o moralności, o szacunku do życia, o wychowaniu dzieci. Jest instytucją skompromitowaną i niewiarygodną. Na koniec - powiedzmy głośno - OFIARĄ PEDOFILII JEST DZIECKO, TO NIE NIELETNI KUSI, ALE DOROSŁY NIE POTRAFI POHAMOWAĆ SWOICH POPĘDÓW. WINNY PEDOFILII JEST SPRAWCA I CI GO UKRYWAJĄ LUB PRZENOSZĄ Z MIEJSCA NA MIEJSCE. KRÓTKO MÓWIĄC - WINNY PEDOFILII JEST PEDOFIL I UKRYWAJĄCY W PRZYPADKU KOŚCIOŁA, BISKUP i to właśnie dlatego obowiązkiem kościoła jest wypłacenie ofiarom odszkodowania.

wtorek, 1 października 2013

Istota konfliktu o aborcję.


Ostatnia debata w Sejmie skłania do refleksji nie tylko nad językiem, ale także nad wartościami. Jest oczywiste, że polskie dopuszcza mówienie o aborcji, jako o zabijaniu nienarodzonych dzieci. Orzeczenie Sądu Okręgowego w Katowicach w sprawie A. Tysiąc/Gość Niedzielny nie pozostawia wątpliwości - można nazywać aborcję zabójstwem, ale nie wolno odnosić tego do konkretnej osoby wymienionej z imienia i nazwiska. Oburzenie środowisk lewicowych, choć zrozumiałe, wiele nie da, ponieważ takie nazewnictwo jest zgodne z prawem i zasadę wolności słowa. Z resztą, w przypadku aborcji z powodów genetycznych nie mamy do czynienia z zarodkiem, czy zapłodnioną komórką jajową, tylko z ukształtowanym człowiekiem, ewentualnie z niedorozwojem, deformacjami części ciała lub narządów. Argument o stopniu rozwoju, o nie-człowieku jest niepoważny. O ile można mieć wątpliwości, co do człowieczeństwa zarodka, a więc do 9 tygodnia ciąży, o tyle w późniejszym etapie ciąży, to, że mamy do czynienia z rozwijającym się człowiekiem pozostaje bezsporne. Rozwój mózgu rozpoczyna się 7-9 tygodniu ciąży. W środowiskach feministycznych popularny jest pogląd, że początkiem życia człowieka jest rozpoczęcie rozwoju mózgu, podobnie jak końcem życia jest śmierć pnia mózgu. Wynika z tego, że osoby wyznające takie poglądy muszą być konsekwentne i nie mogą zaprzeczać, że płód, u którego rozpoczął się rozwój mózgu jest człowiekiem. Zaprzeczając swoim własnym twierdzeniom w sytuacji, kiedy jest to wygodne tracimy wiarygodność. Przy problemie aborcji z powodu ciężkiego uszkodzenia płodu nie podlega dyskusji człowieczeństwo płodu, ale pytanie, czy humanitarne jest rodzenie dzieci, które nie przeżyją porodu lub umrą niedługo po nim, bądź nich życie będzie wegetacją - nie będą mówiły, na nawet samodzielnie przyjmować posiłków? Kolejnym problemem jest pytanie o to, czy mamy prawo narażać kogoś na bezustanne cierpienie? Warto też zwrócić uwagę na kwestię rodziny - genetyczna choroba nieuleczalna, skutkująca niezdolnością do życia odbija się w różny sposób na rodzinie. Wiele małżeństw rozpada się, bo przeważnie ojcowie nie wytrzymują psychicznie. Cierpią na tym starsze dzieci, które czują się odsunięte na boczny tor. Któreś z rodziców musi zrezygnować z pracy, aby przez całą dobę opiekować się dzieckiem, którego stan nigdy nie poprawi się. Oznacza to znacznie pogorszenie sytuacji materialnej rodziny. Państwo nie pomaga - leki, operacje, rehabilitacja to olbrzymie pieniądze, które rodzina musi sama wykombinować. Narodowy Fundusz Zdrowia niczego nie refunduje. Nie zauważona pozostała kwestia innych, przewlekłych chorób w rodzinie. Bywa, że rodzice lub starsze rodzeństwo nie są do końca zdrowi, chorują na nowotwory, cukrzycę, nadciśnienie, choroby serca, nerek, wątroby i potrzebują lekarstw. Poważnie upośledzone dziecko, które nigdy nie będzie zdolne do samodzielnego życia, co oznacza pogorszenie zdrowia innych osób w rodzinie i brak funduszy na leczenie. Pieniądze nie są z gumy, nie rozciągają się, nie spadają z nieba, jak biblijna manna. Niestety, sytuacja materialna jest istotnym argumentem w dyskusji, ponieważ utrzymanie takiego dziecka kosztuje. Jeżeli obrońcy życia są tak bardzo wrażliwi na krzywdę uszkodzonych płodów, to powinni zacząć do rozmów nad zmianą systemu socjalnego i systemu opieki - powinny lobbować za większymi zasiłkami, za refundacją leków i specjalistycznych operacji w kraju i za granicą. Najprościej jest zakazać, a potem umyć ręce i powiedzieć, że projekt nie powoduje kosztów dla budżetu państwa.
Mogę zrozumieć wrażliwość pro-life na kwestię terminacji płodów, o których wykryto zespół Downa, bo nie jest to choroba skutkująca całkowitym kalectwem. Z drugiej strony obrońcy życia nie robią nic, aby edukować społeczeństwo w kwestii życia z tą chorobą - nie przedstawili ani jednej publikacji o chorobie, o możliwościach chorych osób, nie wspomnieli o sukcesach sportowców, czy artystów z zespołem Downa. Nie wydrukowali choćby jednej broszury opisującej opiekę nad dzieckiem, jego zdolności społeczne, osobowość, czy kwestie edukacji. Jedynie paraliżują pracę szpitali i krzyczą o mordowaniu pokazując zdjęcie trzy letniej dziewczynki, bądź pani Godek z synem. Ich działania to zwykle warcholstwo mające na celu ubliżanie i prześladowanie. Uważny obserwator działań pro-life zauważy bez trudu, że organizacje te prześladują prof. Wielgosia, któremu odmawiają prawa do sędziowania w konkursie, czy udziału w konferencji naukowej. Pro-life nęka Rzecznika Praw Dziecka za to, że walczy z przemocą domową, której ofiarami padają dzieci, a nie protestuje przeciwko zapisowi o możliwości aborcji ciężko upośledzonych płodów. Czytając wpisy pro-life w sieci można odnieść wrażenie, że punkt o upośledzeniu płodu sprowadzają do zespołu Downa i mówią jedynie o zabijaniu takich dzieci. Nie widzą innych schorzeń genetycznych. Za to często pojawia się kuriozalne stwierdzenie, że dzieci są zabijane z powodu podejrzenia choroby. Zapominają, że współczesna diagnostyka pozwala na pewne postawienie diagnozy. Pomyłki należą do rzadkości. Pro-life mówi o wielkiej hańbie, o łamaniu Konstytucji, o dyskryminacji osób niepełnosprawnych. Konstytucja gwarantuje prawo do prywatnego życia, do wolności sumienia, zabrania zmuszania do poświęceń. Kwestia, czy zespół Downa jest przesłanką do aborcji pozostaje otwarta, można zastanawiać się, jak zmniejszyć ilość aborcji w tym przypadku. Jednym ze sposobów na zmniejszenie liczby aborcji powinna być edukacja w zakresie chorób genetycznych prowadzona w mediach, w poradniach genetycznych i w szkołach ponadgimnazjalnych, np: na przedmiotach "Zdrowie człowieka" oraz edukacja seksualna, które powinny zastąpić naukę religii. Katecheza w szkole ponadgimnazjalnej niczemu nie służy, bowiem młodzież jest już po bierzmowaniu, czyli jest dojrzała pod względem religijnym. Istotą konfliktu o aborcję jest odmienny centralny punkt. Zwolennicy zaostrzenia ustawy zwracają uwagę na cierpienie płodu, na święte prawo do życia, pomijając problem matki - jej decyzji, życia rodziny i funkcjonowania dziecka niezdolnego do życia po narodzeniu. Brakuje im refleksji nad cierpieniem kobiety, która traci dziecko zaraz po porodzie, bądź latami patrzy na jego cierpienie. Druga strona - zwolennicy kompromisu i osoby opowiadające się za liberalizacją ustawy patrzą na problem wyłącznie od strony praw kobiet. Pomijają kwestię człowieczeństwa płodu, a na nawet wbrew swojej filozofii jej zaprzeczają.
Po obu stronach jest sporo przekłamań i manipulacji - brakuje refleksji nad wydawałoby się sprzecznymi wartościami - dzieckiem i kobietą. Punktem wspólnym powinna być edukacja. Pro-life torpeduje edukację seksualną niezgodną z wolą kościoła. Kolejną rzeczą na którą powinny pochylić się obie strony to lista schorzeń płodu, przy których możliwa byłaby aborcja. Nie chcą jej obie strony. Zwolennicy kompromisu twierdzą, że odbierze ona kobiecie resztę praw, a pro-life, że pociągnie za sobą więcej dziecięcych ofiar. Tymczasem taka lista uporządkowałaby sytuację, ułatwiła pracę lekarzom i decyzję rodzicom, a także chroniłaby dzieci. Zdumiewające jest to, że nie ma woli wypracowania pakietu pomocy dla rodzin,w których żyją dzieci z chorobą genetyczną. Obie strony okopały się na swoich pozycjach, ubliżają sobie na wzajem, zarzucają nieuctwo, zamiast siąść i wypracować działania pomocowe, jak choćby system opieki nad takim dzieckiem, czy kwestię refundacji leczenia. Jak widać jest pole do współpracy. System pomocy byłby korzystny dla kobiet i dzieci. Jeżeli już zmieniać ustawę to jedynie przez dodanie zapisu o nieutrudnianiu do badań prenatalnych i ich finansowaniu przez NFZ oraz o darmowym leczeniu dziecka w okresie prenatalnym i szybkiej w miarę medycznej możliwości korekcie wad narządów po narodzinach. Nie można usunąć zapisu o dopuszczalności aborcji z powodów genetycznych, ponieważ ustawodawca nie może aż tak ingerować w prywatność, zmuszać do poświęceń ponad siły. Wybór jest kwestią rodziców.

czwartek, 26 września 2013

Wrogi rodzinie - nowy totalitaryzm.


duplikacja twarzowoczaszkowa Jak co roku jesteśmy skazani walkę o prawo do aborcji w przypadku nieodwracalnego uszkodzenia płodu. Tym razem środowisko pro-life zebrało 400 podpisów pod projektem ustawy o usunięciu przesłanki aborcyjnej mówiącej o nieodwracalnym uszkodzeniu płodu. Pomysłodawcy argumentują swój projekt tym, że zabijane są najczęściej dzieci z zespołem Downa. Wsłuchując się w głosy obu stron, zauważyłam, że pojawia się w nich wiele nieścisłości. Chorób genetycznych jest mnóstwo i nie jest to tylko zespół Downa. Są o wiele poważniejsze wady, skutkujące szybką śmiercią dziecka lub niedającymi opisać się męczarniami. Przyjęcie ustawy oznaczałoby, że kobiety byłyby zmuszone rodzić dzieci, których życie zakończy się po kilku godzinach, nieraz narażając siebie na niebezpieczeństwo. Warto przypomnieć, że nie urodzenie dziecka , które umiera po kilku godzinach lub dniach to niesłychanie trudne przeżycie - dziecka nie ma, a kobieta musi przejść połóg, znosić widok lejącego się z piersi mleka, które nie będzie wykorzystane. W Polsce niewiele jest banków mleka kobiecego, do którego można by oddać mleko i w ten sposób pomóc innym dzieciom. Taka placówka funkcjonuje w Rudzie Śląskiej. Źródłem traumy jest oglądanie dziecka umierającego w męczarniach. Przytoczę dwie anonimowe historie z internetu "Bohaterka wątku okazała się wierząca. Pewnie szukała oparcia w swojej wierze, w swoim bogu. Modliła się, modliły się za nią koleżanki, rodzina. Zdecydowała się donosić ciążę i pożegnać swoje dziecko w terminie, w jakim miała je powitać na świecie. Kolejne USG pokazało jednak, że dziecko ma większą wadę niż uprzednio się wydawało, że strzępki mózgu dziecka zanieczyszczają wody płodowe, że życie matki jest zagrożone. Lekarz zalecił terminację. Matka musiała jeszcze raz przemyśleć swoją decyzję. Mimo że obiecała swojemu synkowi, że go donosi do końca ciąży, musiała myśleć o swoim trzyletnim synku – żyjącym, potrzebującym jej. Po dramatycznej walce z samą sobą podjęła decyzję o terminacji ciąży. Wiesz co było potem? Może dochodzenie do siebie, wsparcie rodziny, znajomych, duchownych, ukojenie w wierze, w bogu? Prawie. Dziewczyna na koniec dowiedziała się, że nie dostanie rozgrzeszenia i grozi jej ekskomunika. Jestem niewierząca, ale rozumiem, jak ważny dla ludzi jest bóg, wiara, jej dogmaty. Wyobrażam sobie, co czuje kobieta, która zrobiła coś, by ratować swoje życie, a potem dowiedziała się, że zawiodła swojego boga tak bardzo, że czeka ją wykluczenie z kościoła. No ale jednak nie do końca, bo jeden ksiądz ją wykluczy, a inny może cofnąć tę klątwę. Nie potrafię znaleźć odpowiednich słów komentarza… Kobiecie świat wali się na głowę, po czym dowiaduje się o groźbie ekskomuniki, tyle że uzależnionej od widzimisię jakiegoś typa, który sam pewnie niejedno ma na sumieniu. I to on ma decydować, czy taką kobietę dobić, czy jej choć trochę ulżyć w cierpieniu. Wedle swojego kaprysu pan w sutannie decyduje, że nałoży ekskomunikę, bo ta kobieta lekką ręką zabiła swoje dziecko. Podoba się? Oklaski.
Ile kobiet podejmie decyzję donoszenia ciąży zagrażającej jej życiu tylko w obawie o swój dalszy los we wspólnocie kościelnej? Ile odmówi terminacji ze strachu przed reakcją otoczenia? Ile będzie zwlekać, wertując prawa kościelne i analizując, czy jej wolno zdecydować o swoim życiu i zdrowiu, czy jednak o tym zdecydował już jakiś tam papież po drodze w efekcie wątpliwego oświecenia tudzież w wyniku wyrachowanej kalkulacji?" I było do 30. tygodnia ciąży. Okazało się, że dziecko ma wielowadzie. Testy genetyczne, amniopunkcja i wynik – zespół Patau, nierozwinięty dostatecznie mózg, dwie wady serca, brak lewej kończyny dolnej, rozszczep podniebienia, przepuklina oponowa i wielotorbielowatość nerek z nieprawidłowo wykształconym pęcherzem. Szanse przeżycia praktycznie zerowe – dziecko umrze w brzuchu lub nie przeżyje porodu. Jego serce biło, ale w każdej chwili mogło przestać. Otrzymałam wskazania do natychmiastowego zakończenia ciąży. Pojechałam do największej kliniki i co usłyszałam? Odmowę! W moim mieście są jeszcze dwa szpitale położnicze w których spotkało mnie to samo. Pozostało mi czekać na śmierć dziecka albo rozpoczęcie porodu. Od otrzymania wyniku minęły 2 tygodnie, a serce dziecka nadal biło. Wreszcie zaczął się poród. W szpitalu potraktowali mnie jak trędowatą. Urodziłam po 6 godzinach. I co widziałam? Jak dziecko umiera. Przeżyło poród, ale zaraz zaczęło się dusić. Spojrzałam. Wiem, że nigdy nie zapomnę tego widoku. Nie chcę tego opisywać... Dziecko żyło 10 godzin w potwornych męczarniach. I powiem teraz z pełną odpowiedzialnością, że cieszę się, że tak szybko umarło. A mogło być inaczej, gdyby lekarze nie odmówili wykonania zabiegu. W moje urodziny minęło 8 lat od śmierci córki. I cały czas mam przed oczami widok dziecka z tak licznymi wadami. Nie, wtedy dziecko nie jest piękne. Brzydota wręcz poraża... Po porodzie okazało się, że córka nie miała również oka, ucho było niewykształcone, brakowało przedniej części czaszki. Wstrętny widok, choć nie powinnam tak mówić. To straszne, co przeżywa kobieta, która wie, ze urodzi martwe lub ciężko chore dziecko. Za odmowę lekarzy zapłaciłam rokiem terapii u psychiatry. Nie da się tak po prostu patrzeć jak umiera dziecko. Wiem też, jak to jest mieć chore dzieci, może nie tak poważnie, ale jednak."
Obrońcy życia argumentują, że aborcja z powodów genetycznych przypomina hitlerowską eugenikę, że to mordowanie dzieci dlatego, że są podejrzane o chorobę. Ich zdaniem często okazuje się, że wyniki badań były błędne, że lekarze mylą się, a dzieci rodzą się zdrowe. Poza tym medycyna rozwija się i większość chorób można dzisiaj leczyć i nie wolno skazywać dzieci na śmierć. Kaja Gondek - katolicka celebrytka, znana z tego, że ma syna z zespołem Downa, jedna z pomysłodawczyń tego absurdalnego projektu twierdzi w wywiadzie z Frondą, że jest sprzeczność w twierdzeniu feministek, które nie zgadzają się na zmuszanie kobiet do rodzenia i wychowania dzieci chorych genetycznie, a które z drugiej strony podkreślają, że dzieci chore genetycznie szybko umierają i często nie dożywają porodu. Sprzeczności nie ma jeżeli rozumie się filozofię wyboru. Okrucieństwem jest zmuszanie kobiet do oglądania śmierci swojego chorego genetycznie dziecka, bez względu na to, czy umieranie trwa tydzień, czy rodzina musi zmagać się z chorobą, wegetacją i strasznym cierpieniem dziecka przez kilka lat. Czym innym jest sytuacja, kiedy choroba została wykryta po narodzinach i nie można było temu zapobiec. W przypadku chorób genetycznych wykrytych w okresie prenatalnym mamy możliwość zapobiegania cierpieniu, które jest sprzeczne z humanitaryzmem i ze zdrowym rozsądkiem. Kaja Gondek nie zgadza się ze stwierdzeniem,że urodzenie ciężko upośledzonego płodu jest aktem heroizmu, bo przecież poród to naturalne następstwo ciąży. Uważa, że pozwolenie na aborcję z powodów genetycznych oznacza, że zabicie dziecka jest normą, a poród heroizmem. Oczywiście, że ciąża powinna kończyć się szczęśliwym porodem. Jednakże w sytuacji, kiedy ciąża zakończy się traumą - narodzinami i jednocześnie śmiercią - to poród jest heroizmem. Nie zapominajmy, że w trakcie porodu może dojść do różnych niebezpiecznych sytuacji, że kobieta źle czuje się po porodzie. Jaki jest sens w narażaniu jej na taki wysiłek,jeżeli dziecko zaraz umrze. Zwolennicy zmiany argumentują, że prawo do życia jest najważniejsze i nie podlega ograniczeniu ze względu na chorobę. Zastanówmy się, czy płód mający kilka uszkodzeń ma szansę na świadome życie? Czy skazywanie na wegetację i olbrzymie cierpienie to też życie? Jeżeli rozumiemy życie tylko w aspekcie biologicznym , to bez wątpienia powiemy, że jest to forma życia. Jeżeli do tego życia dodamy godność, to okaże się, że wegetacja daleka jest od życia.
Prawo do życia nie jest jedynie poglądem religijnym, jednakże tylko katolicy narzucają wszystkim swój światopogląd. Warto zauważyć, że twórcy poprawki w uzasadnieniu twierdzą, że owa poprawka nie spowoduje kosztów dla budżetu państwa. I to twierdzenie mówi wszystko o intencjach wnioskodawców - chodzi wyłącznie o wymuszenie narodzin ciężko uszkodzonych płodów, a ich utrzymaniem mają martwić się rodzice. Zauważmy, że obrońcy życia nie rozmawiają o wyższych zasiłkach, o systemie rehabilitacji, o kwestii darmowego leczenia, czy o pomocy w opiece nad dziećmi. Dopiero uwaga feministek, że w Polsce nie ma warunków do utrzymania dziecka, że pomoc państwa jest śmieszna, dwóch redaktorów Frondy stwierdziło, że trzeba rozmawiać o pomocy dla rodzin wychowujących dzieci z chorobami genetycznymi. Wnioskodawcy ograniczają się do paraliżowania pracy szpitali, w których została przeprowadzona aborcja,do prześladowania lekarzy i pisania głupkowatych ustaw naruszających godność rodzin. Żaden członek ich komitetu nie zaproponował politykom rozmów o wsparciu dla rodzin. Z resztą przyznają, że chodzi im wyłącznie o to,aby zmusić kobiety do rodzenia. Obrońcy życia stosują językową i obrazową manipulację - mówią o zabijaniu dzieci z zespołem Downa, ubolewają, że coraz mniej jest takich osób. Nie podejmują działań, które promowałyby wiedzę o tej chorobie, nie wspierają rodziców - nie wydali ani jednej broszurki, która wyjaśniałaby rodzicom chorobę, pokazywała co mogą osiągnąć chore dzieci. Napisanie broszurki wymagałoby pracy, szukania informacji, czasu, nie dawałoby stałej obecności w mediach. Krzyczeć i obrażać jest najłatwiej. Niestety druga strona - zwolennicy kompromisu i liberalizacji ustawy popełnia duże błędy w rozmowie z fundamentalistami katolickimi i wysuwają argumenty o zapłodnieniu, usuwaniu zarodków, mylą pojęcia. W dyskusji z tymi ludźmi trzeba postawić na wiedzę, bo wykorzystają każdy błąd i wyrobią stronie zwolenników wyboru fałszywą opinię nieuków. Jest czymś niezaprzeczalnym fakt, że zmiana ustawy w kierunku zaostrzenia to pozbawienie ludzi prawa do decydowania o kształcie rodziny, to zmuszenie do rodzenia ciężko chorych dzieci, narażenie rodziców i rodzeństwo na biedę i zmuszanie do poświęcenia nieraz kosztem starszych dzieci. To zamach na prawa obywateli, rodzaj totalitaryzmu, robienie z państwa kraju wyznaniowego. Zwolennicy rodzenia upośledzonych dzieci uważają, że dla rodziców lepiej, kiedy dziecko urodzi się, umrze, a rodzina przeżyje żałobę. Ich zdaniem wychowywanie takiego dziecka to dar, który pomaga uwrażliwić rodzinę na cierpienie i wyzwala dodatkowe pokłady miłości. Na potwierdzenie swoich słów przytaczają stosowne historie rodziców szczęśliwych, że było im dane być z dzieckiem choć przez kilka dni. Zapominają o jednym, że ludzie mają różną psychikę, a zmuszenie wszystkich do postępowania według jednego wzoru jest niehumanitarne. Są ludzie, którzy nie chcą narażać siebie i starszych dzieci na takie cierpienia, wiedzą, że nie zniosą sytuacji. W wielu przypadkach, kiedy urodzi się takie dziecko ojcowie odchodzą od rodzin, a matka pozostaje sama. Obrońcy życia uważają, że kobieta nie ma obowiązku wychowywania, ale musi urodzić ciężko chore dziecko i oddać do adopcji. Jakoś przedstawiciele kościoła i szefowie owych organizacji nie zaadoptowali dzieci. Skoro tak fajnie mieć ciężko chore dziecko, to może trzeba by zostawić takie dziecko tak na miesiąc pod opieką obrońców życia. Szybko zmienią zdanie.
Aborcja jest tematem wygodnym, bo pozwala na zebranie głosów elektoratu. Znów kosztem cierpienia kobiet środowiska katolickie chcą zdobywać punkty w sondażu. Z jakiej racji posłowie, księża i różnej maści obrońcy życia mają decydować za rodziców co do losów uszkodzonego płodu? Obrońcy życia uważają, że ich ideologia powinna obowiązywać jako prawo, bo prawo do życia jest ponad religijne i obowiązuje wszystkich. Nie zauważają, że oprócz rodziców zadowolonych, że dali dzieciom umrzeć po narodzinach są jeszcze dramatyczne historie rodziców, którzy zdecydowali się na poród i przeżywają męki, muszą zmagać się z aparatem państwa, nie mają pieniędzy na leczenie dzieci i twierdzą, że gdyby wiedzieli o wadzie płodu, zdecydowaliby się na aborcję. Nie ulega wątpliwości, że wady, które można leczyć należy leczyć i wtedy nie powinno proponować się aborcji. Problem w tym, że obrońcy życia sprzeciwiają się również badaniom prenatalnym, gdyż uważają, że rodzice mają przyjąć dziecko takim jakie jest, a badania to wstęp do aborcji. I tutaj mamy kolejną sprzeczność - obrońcy życia chcą chronić dzieci, ale jednocześnie uważają, że powinno utrudnić się diagnostykę wad prenatalnych, a więc i leczenie. Ostatnio wsławili się protestem przed budynkiem, w którym odbywała się konferencja na temat diagnostyki wad płodu. Przyczyną protestu było nie tylko przekonanie, że badania to wstęp do aborcji, ale wystąpienie prof. Wielgosia z referatem o wczesnym wykrywaniu wad płodu - człowieka, którego pro-life prześladuje od ponad roku. W ustawie można jedynie zapisać, że w wypadku wykrycia wady, którą da się wyleczyć, lekarz ma obowiązek podjęcia leczenia i poinformowania rodziców o możliwych formach leczenia. Oczywiście należy edukować w dziedzinie zdrowia i seksualności. Zamiast religii w szkole ponadgimnazjalnej powinny być lekcje o zapobieganiu ciąży, jej przebiegu i możliwych patologiach. Taka wiedza bardziej przyda się młodzieży niż bajki o ukazywaniu się ducha świętego i niepokalanym poczęciu. Obrońcy życia są przeciwni edukacji seksualnej, bo uważają ją za demoralizację. Uważają, że edukują społeczeństwo. Edukacją są wystawy porozrywanych płodów. Rzeczywiście wyjaśniają, jak funkcjonuje dziecko z zespołem Downa.

poniedziałek, 23 września 2013

Razem przeciw przemocy w szkole


Wysyłając swoje dziecko do szkoły chcemy mieć pewność, że jest bezpiecznej i w przyjaznej atmosferze zdobywa wiedzę i rozwija swoje zainteresowania. Niestety, bardzo często przychodzi do domu i zamiast o ocenach, lekcjach, koleżankach i kolegach, wycieczkach, czy grach na wychowaniu fizycznym dziecko mówi, że ktoś je pobił, wyzywał, wyśmiewał. Wielu z czytelników zapewne powie, że przezywanie, wyśmiewanie było w szkole od zarania dziejów,. Bójki też zdarzały się. To wszystko jest prawdą. Tyle, że w ostatnich latach dochodzi do eskalacji przemocy w szkole, a wyzwiska są najdelikatniejszą formą znęcania się jednego dziecka nad drugim. W szkołach coraz częściej dochodzi do niszczenia mienia, pobić, gwałtów, a nawet do prób duszenia. Przyczyny zjawiska nakreśliłam w poprzednim artykule. Ich wachlarz jest bardzo szeroki: od brutalizacji życia na problemach rodzinnych kończąc. Relacja szkoła – rodzice. Pedagodzy od kilku lat obserwują obserwują osłabienie relacji szkoła -rodzice. Coraz mniej rodziców uczestniczy w zebraniach, korzysta z możliwości porozmawiania z nauczycielami na dyżurach. O uczestnictwie rodziców w warsztatach organizowanych przez szkoły dotyczących przemocy, czy rozwijaniu talentu dzieci nie ma mowy. Jednocześnie nauczyciele obserwują bardzo niepokojący trend – podważania opinii nauczyciela w domu ucznia, określania nauczycieli niecenzuralnymi epitetami. Prowadzi do spadku autorytetu nauczyciela, ignorowania poleceń pracowników szkoły, poczucia bezkarności. Rodzice przekonani o tym, że ich dziecko niczego złego nie mogło zrobić, bo przecież w domu cały czas siedzi przy komputerze i jest spokojne lub spotyka się z przyjaciółmi, nie wyjaśniają sprawy w szkole, tylko w domu atakują nauczyciela, który napisał uwagę o niestosownym zachowaniu pociechy. Niestety postawa rodziców rozmija się z działaniami szkoły. Niektórzy rodzice posuwają się jeszcze dalej w ignorowaniu działań szkoły -nie reagują na wezwania do szkoły, nie stawiają się. Postawa, którą opisałam powyżej zdarza się coraz częściej, praktycznie w każdym zespole klasowym spotykamy się jednostkami, które nie współpracują ze szkołą. Najczęściej to dzieci rodziców, którzy nie czują potrzeby interesowania się postępami edukacyjnymi swoich pociech, sprawiają najwięcej problemów wychowawczych i są sprawcami przemocy wobec innych dzieci. Ofiary przemocy Ofiarą przemocy może być każde dziecko. Najczęściej są to uczniowie osiągające lepsze wyniki w nauce, osoby spokojniejsze, nieśmiałe. Ofiary przemocy często nie mówią o swoich problemach, nie zgłaszają nauczycielom i pedagogom wydarzeń, tłumacząc, że omawiają się zemsty sprawców lub tego, że sprawdza wyprze się swoich czynów, a dorośli uwierzą sprawcy. Mamy tutaj do czynienia z brakiem wiary ucznia w szkołę i poczuciem bezradności. Uczeń powinien wiedzieć, że jeżeli jest ofiarą przemocy to powinien poinformować niezwłocznie po zaistniałym wydarzeniu nauczyciela dyżurującego , o ile przemoc miała miejsce na przerwie lub poinformować wychowawcę, względnie pedagoga szkolnego. O przemocy nie jest łatwo mówić, nawet dorosłemu, a co dopiero dziecku. Młody człowiek często obwinia siebie o to, że pada ofiarą przemocy, szuka winy w swoim zachowaniu, ubiorze, posiadanych lub nieposiadanych gadżetach. Nie mogąc sobie poradzić z ciągłymi zaczepkami, biciem, chce upodobnić się do sprawców, bo myślą, że w ten sposób zdobędą ich akceptację i unikną następnych upokarzających zdarzeń.
Jak poznać , że dziecko padło ofiarą przemocy w szkole? Dziecko, które padło ofiarą przemocy nie chce iść do szkoły, cierpi na bóle brzucha, głowy. To bóle wynikające ze stresu i przeżywanej sytuacji. Dziecko doświadczyło przemocy w szkole nie chce wychodzić z domu, wraca ze szkoły okrężną drogą, ponieważ boi się, że spotka sprawców. Jeżeli pociecha wraca ze szkoły z sinikami i zadrapaniami to znak, że stało się coś bardzo złego i konieczna jest natychmiastowa reakcja rodziców. Sygnałem alarmowym powinny być zniszczone podręczniki, zgubienie przyporów szkolnych, prośba o pieniądze na drobne składki, gubienie pieniędzy. Uczeń, który jest ofiarą przemocy nie chce ćwiczyć na WF-ie, gdyż obawia się kpin i wyśmiewania. Malec, wobec którego w szkole stosowana jest przemoc budzi się w nocy, jest ciche lub wręcz przeciwnie wykazuje większą agresję w stosunku do rodzeństwa i rodziców, opuszcza się w nauce, ma problemy ze snem. Z dzieckiem trzeba delikatnie porozmawiać. Musimy jako rodzice powstrzymać swoją złość, nie proponujmy naszemu dziecku, że samodzielnie wymierzymy sprawcy sprawiedliwość. Absolutnie nie wolno obwiniać dzieci, o to, że nie poradziły sobie z sytuacją. Najważniejsze jest wsparcie, przytulenie, zrozumienie bardzo trudnej sytuacji, w której znalazło się dziecko. Sytuację należy zgłosić do wychowawcy, pedagoga szkolnego, a w nawet zawiadomić dyrekcję, jeżeli akt przemocy był zagrożeniem dla zdrowia dziecka. Można również powiadomić MOPS , jeżeli rodzina sprawcy jest pod opieką tej instytucji. Pamiętajmy, że walka z przemocą jest długotrwała i należy współpracować ze szkołą. To nie prawda, że w szkołach nic nie robi się w sprawie przemocy. Są prowadzone programy i rozmowy z dziećmi. Skuteczność działań antyprzemocowych zależy od współpracy rodziców ze szkołą. Jeżeli nasze dziecko jest ofiarą gwałtu , pobicia, wymuszenia lub zostało zmuszone do zażycia narkotyków, nie wahajmy się i informujmy policję.

środa, 7 sierpnia 2013

Rozwój seksualności dzieci do 7 roku życia


Polskie media, kiedy usłyszały, że dziecko jest istotą seksualną wpadły w histerię. Na WHO spadły gromy i oskarżenia o seksualizację dzieci. W części polskiego społeczeństwa panuje przekonanie, że dzieci nie są istotami seksualnymi. Pogląd ten nie ma potwierdzenia naukowego. Psychologowie rozwojowi twierdzą, że człowiek rodzi się jako istota seksualna, a seksualność rozwija się etapami i jest związana z ogólnym rozwojem dziecka. W edukacji seksualnej ważne jest to, aby wiedza wyprzedzała doświadczenie dziecka. O miesiączce , czy antykoncepcji dziewczynka powinna widzieć przed rozpoczęciem miesiączkowania. Seksualności dziecka nie wolno oceniać z perspektywy dorosłego. Połączenie seksualności z innymi aspektami własnej osobowości, takimi jak rozwój poczucia własnej wartości, zdolności do życia w związkach, stanowi istotne, choć niełatwe zadanie dla młodych osób. Na wszystkie zmiany w rozwoju seksualnym mają wpływ także czynniki biologiczne, psychologiczne i społeczne. Rozwój seksualny rozpoczyna się od urodzenia. Maluszek lubi być przytulany, jest karmiony piersią, najszybciej uspokaja się położony na piersi mamy. Kontakt z mamą jest niezbędny do prawidłowego rozwoju malucha, kształtuje poczucie bezpieczeństwa, sprawia, że maleństwo czuje się kochane. Dziecko odczuwa przyjemność z kontaktu z mamą i uczy się, że przytulenie, pocałowanie i głaskanie wzmaga poczucie bezpieczeństwa i jest odznaką miłości. Dziecko, którego potrzeby kontaktu z najbliższymi są zaspokojone ma szansę na stworzenie trwałego związku w przyszłości. Dziecko rozwija poczucie zaufania, jeżeli jego potrzeby spotykają się z odpowiednim odzewem i zaspokojona jest potrzeba fizycznej bliskości. Akceptacja dziecka w rodzinie, akceptacja własnego ciała, płci nie są doświadczeniami seksualnymi w wąskim znaczeniu, ale wpływają na każdą dziedzinę naszego życia, również seksualność. Zachowania seksualne dzieci mają charakter zabawy lub przekomarzania się, są sposobem odkrywania siebie i innych. W ten sposób dzieci i młodzież dowiadują się, co lubią, a czego nie , w jaki sposób należy radzić sobie z intymnością i jak zachować w sytuacjach intymnych. W ten sam sposób tworzą swoje normy w tym zakresie.
Rozwój seksualności dziecka w pierwszych 6-ciu latach życia. Pierwsze lata życia to okres wzmożonego rozwoju – dziecko poznaje świat, dźwięki, najbliższych, uczy się siedzieć, mówić, chodzić. Poznaje też swoje ciało, a co za tym idzie miejsca intymne. Już u niemowląt można zaobserwować erekcję lub nawilżenie pochwy – jest to znak, że narządy działają prawidłowo. Około 3-4 miesiąca życia maluszek odkrywa, że ma rączki i nóżki. Rodzice wiedzą, jak wspaniale dzieci potrafią się bawić rączkami i nóżkami. Około 8-11 miesiąca życia dzieci odkrywają narządy rodne i oczywiście poznają je przez dotykanie. W wieku ok 2 lat rodzice odkrywają zdumiewającą dla nich rzecz, że dziecko masturbuje się, to znaczy dotyka narządów rodnych. Dziecko odkrywa, że dotykanie miejsc intymnych jest przyjemne i daje uczucie odprężenia. Dziecko poznaje swoje ciało, uczy się jego reakcji. Dziecko często dotyka swoich miejsc intymnych rozmyślenie. Masturbacji dziecięcej nie towarzyszą fantazje erotyczne, ani orgazm. Problemem może być jedynie sytuacja, w której dziecko dotyka swoich narządów rodnych w miejscach publicznych. Wtedy rodzice powinni dziecku wytłumaczyć, że dotykanie siebie w przedszkolu, czy na placu zabaw jest do przyjęcia, należy wytyczyć granicę intymności. Nie wolno karać dziecka za takie zachowania, ani reagować lękiem, bowiem wytwarzamy w dziecku przekonanie, że dotykanie ciała i samo ciało jako takie jest czymś złym, co poważnie może zaburzać rozwój dziecka, powodować poczucie lęku, czy winy. Dziecko 2-3 letnie zaczyna dostrzegać różnice w wyglądzie dziewczynek i chłopców, zadaje pytania na ten temat, pokazuje koleżankom i kolegom swoje ciało. Pojawia się tak zwana tożsamość płciowa. Jest to zupełnie naturalne, przez wzajemne porównanie dzieci poznają swoje ciała, lubią biegać na golasa,, podglądać starsze rodzeństwo i rodziców w toalecie. Obowiązkiem rodziców jest wytłumaczenie dziecku, że są miejsca, w których nie może biegać na golasa, np: przedszkole, wizyta u babci, podwórko. Warto tłumaczyć dziecko, kto może je oglądać nagie ciało a kto nie.,np: lekarz podczas badania widzi dziecko bez koszulki, a kolega z podwórka nie powinien oglądać nagiego ciała dziecka. Pokazywanie swojego ciała i podglądanie innych są wynikiem dziecięcej ciekawości i poznawania otoczenia poprzez własne obserwacje i eksperymenty. Dziecko w tym wieku zaczyna dostrzegać, że z dziewczynki wyrasta kobieta, a z chłopca mężczyzna. Już trzylatek może zadawać pytania o to skąd się wziął. Warto mówić prawdę, ale posługując się językiem zrozumiałym dla dziecka. Uczenie norm społecznych w tej kwestii jest rzeczą bardzo istotną, ma ogromny wpływ na poczucie bezpieczeństwa dziecka. Ważne jest również pamiętanie, że dziecko ma potrzebę kontaktu fizycznego i lubi być przytulane. W wieku ok 4 lat pojawia się poczucie wstydu wiązane z nagością – dziecko nie chce już biegać po domu bez koszulki, chce samo korzystać z toalety i myć się – nie życzy sobie obecności osób trzecich w trakcie załatwiania potrzeb fizjologicznych. Dziecku cały czas warto wpajać, że sfera cielesna jest czymś dobrym, wartościowym, gdyż dzięki takiemu postawieniu sprawy dzieci łatwiej akceptują siebie i swoje ciało. Owocuje to tworzeniem w przyszłości związków opartych na zaufaniu, miłości oraz szacunku do siebie i drugiej osoby. Uczą się, że osoby dorosłe nie aprobują dotykania miejsc intymnych zwłaszcza w miejscach publicznych, pokazywania swoich narządów innym i podglądania. Poznawanie własnego ciała, nauka norm społecznych odbywa się poprzez zabawę, np w dom, czy „lekarza”. Dzieci wiedzą, że zawsze będą chłopcem lub dziewczynką, rozdzielają role społeczne charakterystyczne dla płci – dziewczynki częściej bawią się lalkami, kuchenkami, a chłopcy samochodami, żołnierzykami. Zarówno chłopcy jak i dziewczynki lubią rysować, układać klocki, wykonywać inne prace plastyczne. Między 3 a 5 rokiem życia dziecko zaczyna dążyć do zbliżenia z rodzicem płci przeciwnej i "rywalizować" z rodzicem tej samej płci. To tzw. kompleks Edypa (w przypadku chłopców) i Elektry (w przypadku dziewczynek). Mali chłopcy pragną zawłaszczyć mamę dla siebie. Często deklarują "jak będę duży, to się z tobą ożenię". Małe dziewczynki z uwielbieniem wpatrują się w tatusia. Takie zachowania są normalne, ważne jednak, by rodzice umieli w bezpieczny sposób postawić dziecku granice. W wieku przedszkolnym zawiązują się pierwsze przyjaźnie, a słowo „zakochanie”, że kogoś bardzo lubią. Dzieci są zakochane w rówieśniku, ale także w mamie, zwierzątku, czy zabawce. Nie ma to nic wspólnego z seksualnością. Około 7 roku życia następuje okres uśpienia jeżeli chodzi o zainteresowania seksualnością, który trwa do początku okresu dojrzewania. Wynika to z wstydliwości i uczenia się zasad moralnych.
Z PRZEDSTAWIONYCH POWYŻEJ FAKTÓW ROZWOJOWYCH WYNIKA, ŻE EDUKACJĘ SEKSUALNĄ NALEŻY ZACZĄĆ JAK NAJWCZEŚNIEJ. Najpierw nauczycielami są rodzice. Dziecięca seksualność różni się od seksualności dorosłych. Dla małych dzieci charakterystyczne jest badanie siebie i rówieśników, radość z pokazywanego ciała lub późniejsze uczucie zawstydzenia. Edukacja seksualna w tej grupie wiekowej to nie przekazywanie informacji o seksie i chorobach wenerycznych, ale wspomaganie rozwoju zmysłów u dzieci, poczucia ciała, wyobrażeń o ciele, wzmacnianie pewności siebie oraz uczenie samostanowienia o sobie – dziecko będzie potrafiło zachowywać się stosownie do okoliczności. W Polsce emocje budzi kwestia związków – prawicowe media podają, że proponowane przez WHO standardy dążą do zniszczenia rodziny, jako związku małżeńskiego mężczyzny i kobiety i do promocji homoseksualizmu. Oczywiście, nic bardziej błędnego. Autorzy wytycznych podkreślają, że „sposób, w jaki rodzice odnoszą się wzajemnie do siebie, jest dla dzieci żywym przykładem tego, jak funkcjonują związki. Rodzice stanowią także wzorce pełnienia ról płciowych oraz wyrażania emocji, seksualności i czułości.” 1 Widać wyraźnie, że WHO podkreśla wielką rolę rodziny w kształtowaniu prawidłowych postaw w zakresie tworzenia związków, pełnienia ról społeczno-płciowych, czy wyrażania emocji. Gdzie tutaj zagrożenie dla rodzinny? Doprawdy, nie wiem. Autorzy podkreślają, że edukacja seksualna ma wspomóc rodziców w wychowaniu pociech. Uważają, że zarówno rodzice, jak i nauczyciele powinni odpowiadać na pytania dziecka, językiem dostosowanym do wieku słuchacza, kształtować pozytywny obraz seksualności, bowiem dzięki temu rozwija się pozytywne nastawienie do własnego ciała, uczy się metod właściwego komunikowania się – dziecko nie nazywa wulgarnymi wyrazami narządów rodnych, bo zna właściwe określenia i wie, że jest to sfera delikatna i godna szacunku. Pozytywne nastawienie do sfery seksualnej otwiera drogę do uczenia małego człowieka, że istnieją indywidualne granice i zasady społeczne, które trzeba respektować – dziecko rozumie, że może dotknąć każdego, kogo chce. Co ważniejsze, dziecko uczy się, uświadamiania sobie , że ma prawo stawiać własne granic - może powiedzieć nie lub poprosić o pomoc. W tym rozumieniu edukacja seksualna jest również wychowaniem społecznym i przyczynia się do zapobiegania wykorzystywaniu seksualnemu. Inaczej mówiąc jest środkiem zapobiegawczym przeciwko pedofilii. W Polsce największe kontrowersje budzi kwestia budowania świadomości, że związki są różnorodne. Warto przypomnieć przeciwnikom edukacji seksualnej, że związki międzyludzkie to nie tylko opozycja małżeństwo/pary homoseksualne. W społeczeństwie funkcjonują różne modele rodziny,np: mężczyzna i kobieta mają dzieci, mieszkają razem, ale nie mają z różnych powodów ślubu. Są też samotni rodzice i sytuacje, kiedy dziecko wychowuje się w rodzinie zastępczej, a biologiczni rodzice są pozbawieni praw rodzicielskich. Czasami dziecko wychowuje babcia, bądź starsze, dorosłe rodzeństwo. W domu wraz z mamą lub tatą mieszka jeszcze rodzeństwo rodziców. Sytuacji życiowych jest tysiące i nie wszystkie mieszczą się w schemacie: rodzice po ślubie wraz z dziećmi. Nie oznacza, że inne modele rodziny są patologiczne, bowiem dla dziecka najważniejsze jest, aby rodzice lub opiekunowie je kochali i stworzyli mu bezpieczny dom i zapewnili wszechstronny rozwój. Związkiem międzyludzkim są także przyjaźń i koleżeństwo. Standardy w grupie wiekowej do 7 lat zwracają uwagę na umiejętność zachowania stosownego do sytuacji, na mówienie -nie-, kiedy ktoś ma złe zamiary wobec dziecka, na poprawne słownictwo dotyczące seksualności, np: nazywanie części ciała i jego reakcji. Nikt nie ma zamiaru pokazywać dzieciom masturbacji, a jedynie uspokajać i mówić, że nie ma w tym nic złego, że dziecko doświadcza rozluźnienia. Edukacja seksualna w tym wieku ma dziecko nauczyć akceptacji dla własnego ciała, higieny osobistej, pomóc w uzyskaniu tożsamości płciowej – dziecko wie, jakiej jest płci. Wytyczne podkreślają znaczenie ról płciowych i konieczność akceptacji norm społecznych dotyczących prywatności i intymności. Edukacja seksualna przede wszystkim zwraca uwagę na kwestię złego dotyku i uczy, jakie zachowania są akceptowane, a jakie nie. Buduje w dziecku przekonanie, że nie musi się godzić na wszystkie propozycje , że to ono decyduje na jaki dotyk zgody nie wyraża. Na złe doświadczenie nie musi zgadzać się. Dziecko jest uczone, że ma powiedzieć -nie- odejść i zawiadomić o zdarzeniu osoby dorosłe. Dziecko poznaje postawy dotyczące rozwoju człowieka, uczy się słownictwa związanego z ciążą – dziecko poznaje cykl życia: ciąża, narodziny, koniec życia. Dziecko dowiaduje się o istnieniu różnych rodzajów uczuć: miłości, gniewu, przyjaźni, agresji, zazdrości, rozczarowania. Uczy się zasad, jakie powinny panować w związku i rodzinie, np: wzajemny szacunek i odpowiednie odnoszenie się do siebie członków rodziny. Dziecko uczy się, że ma prawo do wyrażania uczuć, ale musi to robić w formie akceptowalnej przez jego otoczenia. Dowiaduje się też, że w różnych kulturach obowiązki i prawa płci są zróżnicowane.
Edukacja seksualna nie ma w sobie demoralizującego. Fakt, że zwraca uwagę na przyjemność i bliskość w kontakcie fizycznym jest rzeczą oczywistą, w końcu miłość jest uczuciem przyjemnym, a ludzkie ciało nie może być postrzegane jako coś złego.