Blog o tematyce kobiecej i społecznej. Moda, antykoncepcja, dieta, prawa kobiet, dzieci i zwierząt, wychowanie. Blog dla wszystkich, którzy chcą rozmawiać bez obaw o obrazę uczuć. Blog dla reklamodawców - dziennie nawet 200 wyświetleń.
Kilka dni temu nowa minister edukacji, pani Joanna Kluzik-Rostowska przedstawiła pomysły na edukację seksualną. Według jej propozycji rodzice mieliby wybór, czy posyłają swoje dzieci na zajęcia z WdŻ pełne ideologii Kościoła, mające niewiele wspólnego z wiedzą medyczną i psychologiczną, bądź na właściwą edukację seksualną, która przygotowuje dzieci to życia w związku i rodzinie, gdzie omawia się nie tylko kwestię małżeństwa, ale także przemocy seksualnej, złego dotyku, antykoncepcji, chorób wenerycznych, emocji w związku, orientacji seksualnej. Pani minister swoją decyzję tłumaczy chęcią uszanowania autonomii rodziny. O skutkach tej inicjatywy napiszę jeszcze w tym artykule.
Informację skomentował przywódca prawicowo-kościelnych mediów, pan Tomasz Terlikowski. Jak na tego pana przystało nie mogło się obejść bez znieważania ludzi nieakceptujących nauki Kościoła i katolickiego podejścia do seksualności. Dowiedzieliśmy się, że zwolennicy edukacji seksualnej są: libertynami, którzy zachwycają się dewiacjami seksualnymi. Uwaga, w rozumieniu redaktora naczelnego portalu: Fronda.pl dewiacjami seksualnymi są wszystkie orientacje seksualne poza heteroseksualną.
Oddajmy głos panu Terlikowskiemu/
"Niech więc rozmaici libertyni, których zachwycają rozmaite dewiacje seksualne, którzy marzą o tym, by ich dziecko było gejem (czytałem kiedyś takie wyznanie pewnej dziennikarki o znanym nazwisku), i którzy są przekonani, że guma na bananie uchroni ich dziecko przed przedwczesną ciążą, a hormony aplikowane nastolatkom nie zaszkodzą im – posyłają swoje dzieci na lekcje seks-edukacji. I niech tam one dowiadują się, jak cudownie jest nakładać na siebie gumowe stroje, jak fantastycznym doznaniem są homoseksualne igraszki, i jak to wszystkiego trzeba spróbować.
A normalni rodzice niech mają realny wybór, i mogą posłać swoje dzieci na lekcje, na których – niezależnie od tego, jak im samym ułożyło się życie – wychowywanoby je do wierności, czystości i uczciwości, do świadomości, że homoseksualizm szkodzi zdrowiu, a akceptacja pseudo-małżeństw osób tej samej płci to najlepsza droga do destrukcji społeczeństwa. Ci zaś, którzy w ogóle nie chcą, by ich dzieci uczyły się o takich sprawach w szkole, i którzy wybrali seks-edukacyjny homeschooling, mogą zaś śmiało nie posyłać dzieci na żaden z wymienionych kursów. I ich wybór też będzie szanowany.
Ta propozycja podoba mi się także dlatego, że ujmując rzecz najkrócej, jest to to najlepsza droga do wyrzucenia pontoniarzy i innych seks-edukatorów ze szkół. Niewielu znam bowiem rodziców, którzy chcą by ich dzieci uczyły się o zaletach aktów homoseksualnych czy ćwiczyły wciąganie gumy na banany. Polskie społeczeństwo jest jednak zdecydowanie bardziej normalne, niż się to wydaje rozmaitym laicyzatorom"
(cytat za portalem Fronda.pl)
Po pierwsze pan Terlikowski jak zwykle nie ma zielonego pojęcia o czym pisze. Edukacja seksualna kojarzy się mu jedynie zakładaniem prezerwatywy na banana. Do tego, że redaktorzy katoliccy wypowiadają się na tematy, o których nic nie wiedzą zdążyliśmy się już przyzwyczaić. Naukę i wiedzę zastępują wiarą oraz słuchaniem biskupów. Problemem staje się język, jakim komunikują się ze społeczeństwem. Jest to język nienawiści, bardzo daleki od chrześcijańskiego miłosierdzia. Widać wyraźnie, że redaktor wartościuje ludzi, na tych, którzy popierają naukę Kościoła i na tych, którzy mają odmienny pogląd. Ci drudzy są zboczeni, nienormalni, głupi. Nie wiedzą, tego, o czym są przekonani "normalni katolicy, wcielający w życie naukę Kościoła", że edukacja seksualna prowadzi do deprawacji, nastoletnich ciąż i seksu homoseksualnego. "Normalni rodzice" zdaniem pana Terlikowskiego kreują nierealny świat czystości przedmałżeńskiej i mówią, że "homoseksualizm szkodzi zdrowiu" i jest destrukcją społeczną.
Redaktor Terlikowski chce doprowadzić do aktów nienawiści, tworzenia stereotypów. Jak zwykle wykazuje się brakiem szacunku dla drugiego człowieka,narzuca kościelny wzorzec moralności całemu społeczeństwo, choć doskonale wie, że katolicy najczęściej dokonują aborcji. Katolicy stosują antykoncepcję i popierają in vitro. Jaki jest cel szczucia jednych na drugich? Nie podejmuję się odgadnąć, jakie zamiary ma pan redaktor.
Myślę, że okazji warto przypomnieć jakie są cele edukacji seksualnej. Wersja konserwatywna nie jest nastawiona na potrzebę wiedzy, ale na ideologię i utrwalanie schematów. Przy okazji jest zakłamana. W wersji naukowej uważa się, że "1) Edukacja seksualna powinna być dostosowana do wieku, stopnia rozwoju młodych osób i zdolności rozumienia, a także do kultury, z jakiej się wywodzą, uwzględniając społeczno-kulturową tożsamość płci. Powinna też odnosić się do rzeczywistej sytuacji, w jakiej żyją młodzi ludzie. 2)Edukacja seksualna oparta jest na prawach człowieka (seksualnych i reprodukcyjnych)”1 Już pierwszy punkt przeczy tezom powtarzanym przez polskie środowisko konserwatywne i krajowe media, że edukacja seksualna odbiera rodzicom prawo do kształtowania światopoglądu dziecka zgodnie z ich zasadami moralnymi. Twórcy wytycznych wręcz nakazują uwzględnienie kultury i rzeczywistości, w jakiej żyją młodzi ludzie. Fakt, że edukacja seksualna musi być oparta na prawach człowieka i prawach reprodukcyjnych gwarantuje jej bezstronność światopoglądową i uniwersalność oraz nie ingerowanie w religijne kwestie dotyczące moralności. Czytając dalej wytyczne dowiemy się, że edukacja seksualna oparta jest na aktualnych/ sprawdzonych informacjach naukowych”2 oraz na równości płci, samostanowieniu i akceptacji różnorodności.
Konserwatyści boją się równości płci, uważają, że doprowadzi ona do rozpadu rodzin. Jest to demagogia. Równość wzmacnia rodzinę - dorośli dzielą się obowiązkami w zależności od sytuacji życiowej. Dziećmi może opiekować się zarówno matka, jak i ojciec. Związki jednej płci nie są zagrożeniem dla rodziny, ale jej inną formą. Zagrożeniem dla rodziny są złe warunki socjalne, umowy śmieciowe, drogie mieszkania, coraz trudniejszy dostęp do służby zdrowia, a nie rodzaj rodziny. Ocenianie kogoś przez pryzmat seksualność, odmawianie z tego powodu praw obywatelskich jest łamaniem konstytucyjnej zasady równości wobec prawa, jest przykładem represji i społecznej niesprawiedliwości.
Edukacja seksualna ma być oparta o sprawdzoną wiedzę naukową, a więc w żaden sposób nie narusza wolności religijnej rodziców. Trzeba jasno powiedzieć, że polska prawica i redaktorzy tacy, jak pan Tomasz Terlikowski traktują dzieci, jak własność rodziców i wyżej niż dobro dzieci cenią wolność przekonań religijnych. Dzieci są zakładnikami religii rodziców. Pod pozorem życia zgodnego z religią odmawia się młodym ludziom wiedzy o świecie. Nie wiem, czy pan redaktor na prawdę wierzy, że dziecko, które nie usłyszy w szkole o seksie, antykoncepcji, chorobach wenerycznych nie rozpocznie współżycia przed ślubem? To nie wiedza pcha dzieciaki w ręce seksu, ale presja społeczna, chęć bycia akceptowanym i brak wiedzy o skutkach współżycia. Model edukacji seksualnej, który katolickie media określają mianem modelu A jest szkodliwy społecznie. Dzieci są w grupie klasowej i ta część, która będzie uczęszczała na wersję konserwatywną i tak będzie dopytywała rówieśników chodzących na normalną edukację seksualną, będzie przedmiotem kpin, a nawet obrzydliwych żartów. Doprowadzi to jedynie do podziałów wśród dzieci. Myślę, że pora skończyć z terrorem wolności religijnej i jasno powiedzieć, że edukacja seksualna jest przedmiotem obowiązkowym i opiera się na tolerancji, realnym opisie rzeczywistości i medycynie. Dogmaty religijne powinno się realizować w Kościele, a nie w szkole.
Edukacja seksualna ma na celu stworzenie społecznego klimatu tolerancji, otwartości i szacunku w odniesieniu do seksualności, różnych stylów życia, postaw i wartości. Nauczyciele mają przekazać ideę respektowania różnorodności seksualnych, różnorodności związanych z płcią i świadomości dotyczącej tożsamości seksualnej i ról przypisywanych płciom. Mówienie o rolach płciowych nie podoba się Kościołowi, który prosto podzielił świat: kobieta ma być posłuszna mężowi, rodzić dzieci i prowadzić dom. Mężczyzna ma być jej panem i zarabiać dom. Fakt, że ekonomia zmusza do przewartościowania świata, Kościoła nie obchodzi. Księża i biskupi żyją niczym pączki w maśle - są objęci celibatem i nie muszą martwić się za co kupią podręczniki dla dzieci, zapłacą czynsz, co ugotują na obiad. Dlatego bez odrobiny refleksji bredzą o otwartości na kolejne dzieci i o realizowaniu woli jakiegoś wydumanego Boga. Edukacja seksualna w rozumieniu konserwatystów ma opierać się na nauce największej instytucji religijnej, promować czystość przed ślubem i rodzinę opartą na małżeństwie kobiety i mężczyzny ze sporą gromadką dzieci. Wszelkie modyfikacje tej wizji , np: samotne rodzicielstwo, czy związek bez ślubu spotykają się z agresją, oskarżeniami o niszczenie rodziny. Dla tych środowisk postulat szacunku dla różnorodności, dla innych życiowych postaw jest niemożliwy do zaakceptowania.
Żadna edukacja seksualna nie zmieni tego, że to kobieta zachodzi w ciążę i rodzi dzieci, ale ten fakt nie może być przyczyną, dla których odbiera się kobiecie prawo do własnego życia, pracy zawodowej, a nawet do ochrony godności. Kobieta może realizować się zarówno jako mama, jak i bardzo dobry pracownik, czy dyrektor firmy. Bycie mężczyzną nie oznacza braku udział w pielęgnacji dzieci.
Autorzy wytycznych WHO wyraźnie wskazują , że " Edukacja seksualna służy w umacnianiu ludzi w dokonywaniu świadomych wyborów w oparciu o zrozumienie i szacunek w stosunku do siebie i partnera. Zapewnia wiedzę dotyczącą ludzkiego ciała. Zgodnie z prezentowanymi wytycznymi edukacja seksualna ma na celu nauczenie „ wyrażania uczuć i potrzeb, doświadczania w przyjemny sposób seksualności i rozwinięcia ról płciowych i tożsamości seksualnej. Umożliwia zdobycia odpowiednich informacji o fizycznych, kognitywnych, społecznych, emocjonalnych i kulturowych aspektach seksualności, antykoncepcji, zapobieganiu chorobom przenoszonym drogą płciową i HIV, a także wymuszeniach seksualnych” Ważnym aspektem edukacji seksualnej jest także „zapewnienie koniecznych umiejętności życiowych umożliwiających radzenie sobie z seksualnością i związkami. Umożliwienie budowania związków, w których istnieje obopólne zrozumienie, związków opartych na równości oraz szacunku dla potrzeb innych osób i wyznaczonych przez nie granic. To z kolei przyczynia się do zapobiegania wykorzystaniu seksualnemu i przemocy."
Czytając zacytowany fragment dostrzegam naukę budowania związków na zasadzie poszanowania drugiej strony i wzajemnego szacunku. Radzenie sobie z seksualnością także może pomóc w dochowaniu czystości do ślubu.
Panu redaktorowi proponuję dokładne przeczytanie wytycznych WHO, zanim znów napisze tekst szkalujący rodziców i edukację seksualną. Jak widać nie ma żadnych postaw, aby wierzyć w kłamstwa opowiadane przez kościół i media z nim powiązane. Edukacji seksualnej nie należy bać się. Nikt nie demoralizuje dzieci, ale podaje wiedzę przydatną, opartą na naukowych postawach. Z badań dotyczących seksualności Polaków prowadzonych przez prof. Izdebskiego, jasno wynika, że 78% młodzieży chce edukacji seksualnej, a nie konserwatywnego śmiecia, zwanego wychowaniem do życia w rodzinie.
Szkoła powinna służyć dzieciom, nie może być zakładnikiem religii rodziców. Nie dopuszczalne jest to, aby rodzice ingerowali w program nauczania. Opiniują jedynie program wychowawczy szkoły. Nikt nie wyobraża sobie, aby rodzice decydowali, czego dziecko uczy się na geografii, języku polskim, angielski, historii, fizyce, czy chemii. Taka sama zasada powinna obowiązywać na edukacji seksualnej. Nie wolno dzielić treści. Rodzice ponarzekają i na tym skończy się afera. Najważniejsze są dzieci i ich prawo do zdobywania wiedzy zgodnej z nauką i rzeczywistością, w której przyszło im żyć. Jest naiwnością pogląd, że jeżeli dziecko nie dowie się o seksie, to potrzeby seksualne obudzą się dopiero w noc poślubną. Internet jest pełny stron erotycznych. Zastanówmy się, czy wolimy, aby dziecko czerpało wiedzę z internetu, gdzie seks przedstawiany jest w sposób pornograficzny, rozbierało się przed kamerkami, czy też chcemy normalnej edukacji, która pokaże, że rozbieranie się przed kamerkami i czerpanie z tego korzyści jest szkodliwe dla psychiki, a seksualność to nie tylko seks? Młodzież nie wie, jakie są stuki rozpoczęcia współżycia, za to wie, co oznacza powiedzenie "robienie loda". Odpowiedzialni rodzice wybiorą edukację seksualną, bo uznają, że lepiej przekazać pełną wiedzę niż tworzyć utopijny świat. Rodzice wyznający ideologię Kościoła, będą żyli w przeświadczeniu, że pociecha jest "czysta i nie ma potrzeb seksualnych".
Od razu uprzedzę komentarze - dla mnie religia jest formą przemocy psychicznej i zamachem na wolną wolę człowieka. Nie uważam jej za cenną wartość, ale za utrapienie ludzkości.
Jest rzeczą oczywistą, że nie zapisałabym dziecka na Wdż, bo nie chciałbym, aby nabrało przekonania, że kobieta jest winna gwałtom, a jej wartość określa błona. Propagowanie czystości przedmałżeńskiej to dramat, którego ofiarami pada miliony kobiet rocznie w różnych religiach.
Słowa biskupów o edukacji seksualnej nie mogły pozostać bez komentarza. Artykuł jest polemiką z biskupami, a nie atakiem na Kościół. Funkcjonariusze kościelni na wysokich szczeblach władzy za nic mają przestrzeganie zasady rozdziału kościoła od państwa. W ostatnim czasie przypomnieli o sobie i odważyli się wtrącać do systemu edukacji. To, że domagają się obowiązkowej religii nie dziwi, w końcu muszą zapewnić się kształcenie narybku, który w przyszłości będzie wykupywał msze i hojnie dotował fanaberie proboszcza. Starsi panowie, którzy nie założyli rodziny, w randze biskupa uważają się za największych ekspertów od wychowania dzieci, leczenia niepłodności, edukacji, seksualności, medycyny. Uważają, że mają prawo do żądania od społeczeństwa i polityków absolutnego posłuszeństwa. Są przekonani, że Polacy mają podporządkować się ich wytycznym, które tłumaczą wyrazem woli bożej i ich duszpasterskiej troski o zbawienie i ład moralny. Chcą, aby wszyscy kierowali się wytycznymi dogmatów watykańskich i bez słowa sprzeciwu akceptowali nawet najgłupsze pomysły kościelnej hierarchii.
Tuż przed rozpoczęciem roku szkolnego panowie biskupi uraczyli swoich wiernych listem pasterskim o wychowaniu młodzieży. Hierarchowie wyrazili w nim swój niepokój wprowadzeniem edukacji seksualnej sprzecznej z chrześcijańską wizją człowieka. W ich mniemaniu szkoła ma obowiązek stawiać wartości katolickie na piedestale i uczyć zgodnie z nauką kościoła katolickiego. Dwadzieścia lat rządów kleru doprowadził do wpisania w system oświaty wartości chrześcijańskich. Przeanalizuję fragmenty listu dotyczące edukacji seksualnej
" Wychowanie do wartości rozpoczyna się w rodzinie. Ceńmy zatem czas wspólnych rodzinnych spotkań, rozmów, posiłku, wspólnego wypoczywania. Codzienne bycie razem uczy bowiem wzajemnego zrozumienia, zaufania, ofiarnej miłości i prawdziwej przyjaźni. Wspólne przebywanie kształtuje ponadto postawę służby i dobroci gotowej na dzielenie się radością, a jednocześnie odpornej na trudne problemy i emocje. W rodzinie powinniśmy uczyć się zwracania do siebie z miłością, szacunkiem i serdecznością.
Ogromne pole do działania w zakresie wychowania do wartości ma szkoła, która powinna wspierać rodziców w wychowywaniu dzieci. Niezwykle ważne jest, aby szkoła budowała swój program wychowawczy w ścisłym porozumieniu z rodzicami. W programie tym powinny być wyraźnie nazwane i wyjaśnione wartości, na których oparty jest system wychowawczy.
Wobec coraz odważniejszych prób wprowadzania do polskich szkół edukacji seksualnej, sprzecznej z chrześcijańską wizją człowieka, apelujemy do rodziców: czuwajcie nad tym, co szkoła przekazuje waszym dzieciom! Przypominamy, że bez zgody rodziców szkoła nie może realizować programu wychowawczego ani pozwalać na nauczanie przedmiotów, których treści są sprzeczne z ich przekonaniami lub wprost demoralizujące. Prawo oświatowe mówi wyraźnie o konieczności respektowania przez szkołę publiczną chrześcijańskiego systemu wartości (por. Ustawa o systemie oświaty – preambuła). Powierzając swoje dziecko szkole, rodzice nie powinni zgodzić się na edukację, która byłaby sprzeczna z ich przekonaniami i wyznawanymi wartościami.
Jak zawsze w wychowywaniu do wartości rolę nie do przecenienia pełnią sami wychowawcy. Będąc przykładem i wzorem dla swoich uczniów, muszą być świadomi, że własnym życiem prezentują określony świat wartości. Nauczyciel i wychowawca nie może być neutralny. Nie powinien więc zagubić właściwej hierarchii wartości zarówno w życiu osobistym, jak i zawodowym. Musi być świadkiem wartości, które wyznaje."
Nikt nie kwestionuje roli rodziny w wychowaniu dziecka. Można zgodzić się z biskupami, że bardzo ważne dla budowania bezpiecznego świata są wspólne rozmowy, posiłki, wypoczynek. Pełna zgoda co do tego, że to w domu rodzinnym młody człowiek powinien poznać znaczenie przyjaźni, miłości, zrozumienia i zaufania. Wartości te powinni przekazać rodzice i dziadkowie. Dorośli powinni swoim postępowaniem dawać przykład akceptowanych zachowań. Szacunek, miłość, serdeczność , wzajemna pomoc to podstawowe wartości, jakie człowiek powinien wynieść z domu rodzinnego. Edukacja seksualna nie jest sprzeczna z człowieczeństwem, być może jest różna od założeń religijnych. Szkoła musi przekazywać nowoczesną wiedzę a nie religijne zabobony. Wiedza o tak ważnej części ludzkiego życia i psychiki jakim jest seksualność nie jest deprawacją. W naukowym podejściu do seksualności zawierają się treści, które nie mieszczą się w religijnym postrzeganiu człowieka, np: zaburzenia płci, popęd seksualny, potrzeba bliskości przed ślubem. Podstawy nauczania ogólnego nie określają rodzice, ale Minister Edukacji. Rodzice nie mają wpływu na podstawę programową z poszczególnych przedmiotów. Twierdzenia biskupów biorą z braku wiedzy o edukacji seksualnej, chęci panowania nad ludzką seksualności i z niezdrowej, zbytniej fascynacji tematem. Dziecko świadome swojej seksualność, wiedzące, że ma prawo do ochrony swojej intymności, znające prawo do godności i nietykalności cielesnej nie pozwoli molestować się klerowi, "wujkom", czy internetowym pedofilom. Dziecko świadome zła jakim jest molestowanie seksualne może powiedzieć rodzicom, że ze strony duchownego lub innej osoby spotkało go takie zachowanie, a wtedy ukrywana z takim trudem przez biskupów pedofilia kleru, ujrzy światło dzienne, co spowoduje odwrócenie się wiernych od Kościoła i mniejsze wpływy w kościelnej kasie.
Warto zaznaczyć, że według kościelnych dostojników i polityków związanych z Kościołem edukacja seksualna sprowadza się do zmuszania nastolatek do rozpoczęcia współżycia płciowego i aborcji, do promocji antykoncepcji i homopropagandy. Mają oni inną wizję ludzkiej seksualności według której celem życia seksualnego jest prokreacja i oddanie się boskim planom w dziedzinie posiadania dzieci. W ich wizji potrzeby seksualne pojawiają się po odmówieniu modlitwy w noc poślubną, a dzieci są osobami pozbawionymi seksualności, które nie interesują się budową narządów rodnych i seksem. Uważają, że edukacja seksualna jest niebezpieczna dla kształtowania osobowości młodych ludzi i sprzeczna z prawem rodziców do wychowania dzieci zgodnie ze swoim światopoglądem. Jeżeli osobowość młodych ludzi rozumiemy jako przytakiwanie Kościołowi, wrogość wobec drugiego człowieka z powodu jego wyborów seksualnych, to faktycznie edukacja seksualna ma się nijak do tych założeń. Wychowanie seksualne wychowuje do założenia rodziny, do świadomego podejmowania życia seksualnego, do rozumienia praw mniejszości i zagrożeń związanych z pornografią, pedofilią, przemocą na tle seksualnym. Intymność człowieka to nie tylko obserwowanie wydzielin z pochwy i rysowanie wykresów, to jeden z aspektów człowieczeństwa. Seksualność to integralna część osobowości człowieka, a nie boży dar, z którego można korzystać w określone dni. Warto pamiętać, że edukacja seksualna to także wiedza z biologii, higieny, zapobiegania ryzykownym zachowaniom seksualnym, umiejętność selekcji mediów pod względem wiarygodnych informacji o zdrowiu reprodukcyjnym. Edukacja seksualna to wspieranie zdrowia płciowego.
Nie pozwólmy Kościołowi wpływać na wychowanie naszych dzieci. Jedynym sposobem,a by uchronić dzieci przed dogmatami i kościelną nauką o seksualności jest dostarczanie młodemu pokoleniu naukowej wiedzy i kształtowanie kręgosłupa moralnego poprzez dowartościowanie dziecka, zainteresowanie jego sprawami, radzenie, pomoc w trudnych dla niego sytuacjach oraz niegodzenie się na udział ucznia w katechezie. Rodzice muszą stać autorytetem. W przeciwnym razie młody człowiek jest łatwym łupem dla organizacji religijnych.